„Zimna wojna” na dwa serca [recenzja]

Obejrzany 23.07.2018.

Filmów o systemie politycznym niszczącym jednostki było już sporo. Filmów o miłości jeszcze więcej. A mimo to „Zimna wojna” w reżyserii Pawła Pawlikowskiego jest filmem wyjątkowym.

Bardzo byłam ciekawa tego filmu. Widziałam „Idę”, o której było głośno nie tylko w Polsce i choć film był dobry, nie rozumiałam szumu medialnego wokół niego. Agata Kulesza była znakomita, zdjęcia piękne, ale nie czułam, że patrzę na coś naprawdę wyjątkowego w świecie filmu. Mam wrażenie, że o „Zimnej wojnie” było u nas znacznie ciszej, na szczęście świat się zachwycił a potem te zachwyty dotarły i do naszego kraju (niemała w tym zasługa Karoliny Korwin-Piotrowskiej).

Oglądanie „Zimnej wojny” było jak oglądanie klasycznego, czarno-białego filmu. Kadry były przepiękne, muzyka stanowiła integralną część obrazu a całość chwilami wręcz zapierała dech. Napisy końcowe zostawiły widzów w sali kinowej pogrążonych w kompletnej ciszy. Przyznaję, że dawno nie czułam takiego uniesienia w kinie, choć zdarzało mi się to w teatrze.

Fabuła wydaje się banalna – miłość śpiewaczki z zespołu folkowego i dyrygenta z komunistycznej Polski, na tle zimnej wojny w Europie. Niemniej jednak nie jest to fabuła zła. Film śledziłam z zainteresowaniem. Wyjątkowości tej opowieści nadają jednak sami główni bohaterowie, interpretowani przez Joannę Kulig i Tomasza Kota – Zula i Wiktor. „Zimna wojna” jest wojną na dwa serca. Tomasz Kot to jeden z moich ulubionych aktorów filmowych. Również i tutaj podobała mi się jego kreacja artysty, uwikłanego w konflikt z systemem i samym sobą.

Do tej pory słabo znałam filmowe role Joanny Kulig. Chyba będę musiała nadrobić braki, bo postać Zuli w tym wykonaniu mnie przekonuje. Nawet bardzo. Nie wiem już sama, czy Zula jest bardziej urocza, czy bardziej przerażająca. Kiedy patrzyłam na Joannę Kulig w tej roli, nie mogłam pozbyć się skojarzenia z szekspirowską Ofelią. Co tu dużo mówić, Joanna Kulig jest w roli Zuli zjawiskowa.

Poza znakomitą obsadą, atutem filmu jest także ścieżka muzyczna, która mnie urzekła. Sceny rejestrujące występy filmowego Mazurka były przepiękne i sprawiły, że mam ochotę sięgnąć po tego typu muzykę. Równie fascynujące wydały mi się motywy jazzowe, w tym wspaniała interpretacja piosenki „Dwa serduszka, cztery oczy”, wykonanej przez Joannę Kulig, która była kanwą jednego z trailerów. Wciąż jeszcze ją nucę.

Zdania na temat „Zimnej wojny” są dość mocno podzielone, jeśli prześledzić komentarze dotyczące filmu. Dla mnie jest on jednym z najpiękniejszych obrazów filmowych, jakie miałam przyjemność zobaczyć. Jest w nim wszystko, co lubię w filmie: piękne zdjęcia, różnorodność emocjonalna, śmiech i płacz, świetne główne role i wspaniałe role drugoplanowe (Borys Szyc i Agata Kulesza byli cudowni) oraz epizodyczne (Adam Woronicz). A także piękne piosenki i historia, która ukazuje nam tło historyczne przez pryzmat życia jednostek. „Zimna wojna” to po prostu ładny, dobrze zrobiony film, do którego z chęcią jeszcze kiedyś wrócę.

ZIMNA WOJNA

Premiera: 08.06.2018

Reżyseria: Paweł Pawlikowski

Scenariusz: Paweł Pawlikowski, Janusz Głowacki

OBSADA:

Joanna Kulig – Zula Lichoń

Tomasz Kot – Wiktor Warski

Borys Szyc – Lech Kaczmarek

Agata Kulesza – Irena Bielecka

Więcej informacji na stronie filmu w portalu filmpolski.pl: ZIMNA WOJNA

TRAILER

Człowiek człowiekowi wilkiem, a zombie zombie zombie… „Duma i uprzedzenie, i zombie”

Oficjalny plakat „Dumy i uprzedzenia, i zombie”

Kiedy przez przypadek trafiłam na ten film w ramówce HBO, wiedziałam, że muszę go obejrzeć. Znam prozę Jane Austen i jej klasyczne adaptacje. Widziałam też kilka filmów o zombie, choć żadnego do końca nie byłam w stanie obejrzeć (poza teledyskiem do Thrillera). Ale gwarantuję, że jeśli: a) nie lubisz filmów na podstawie powieści panny Austen, a kochasz filmy o zombie, lub b) masz tak, jak ja: zombie są ci lekko obojętne, dopóki nie istnieją obok, za to kolejne ekranizacje Dumy i uprzedzenia wciągasz co najmniej z zainteresowaniem, ten film jest dla Ciebie. O ile potraktujesz go jak komedię.

Wojownicze panny Bennet

Przyznaję, że nie potrafię z pamięci przytoczyć nazwiska żadnego z aktorów, choć wielu z nich wzrokowo kojarzę. Mam jednak wrażenie, że siłą tej produkcji (czy też słabością, zależy od nastawienia oglądającego) nie są znane nazwiska, ale przepięknie rozplątana i upleciona na nowo przez autorów historia.

Nadal znajdujemy się w XIX wieku, w hrabstwie Hertfordshire, a pięć sióstr Bennet nadal poszukuje bogatych mężów. To znaczy bardziej poszukuje ich pani Bennett. Tym razem jednak, panny Bennet, w tym główna bohaterka, Elisabeth, nie skupiają się jedynie na czytaniu dzieł humanistycznych, robótkach ręcznych i sztuce konwersacji. Nie. Zostały wyedukowane w sztukach walki przez mnichów, chyba nawet tybetańskich. Teraz potrafią skopać tyłek nie tylko metaforycznie, sprawną ripostą. Szkoda, że tego szczegółu w ich edukacji nie dodała i Jane Austen, bo, zaiste, ubarwia to wiele scen. Wyobraźcie sobie wkurzoną Elisabeth Bennet i dodajcie jej ripostom ciosy z półobrotu.

O wszystko to zadbał ich ojciec, który jest najtrzeźwiej myślącym rodzicem i myśli realnie o rzeczywistości, a ta roi się od hord wygłodniałych zombie. Anglia została opanowana przez tajemniczą epidemię i pozostali przy życiu mieszkańcy muszą teraz kryć się przed zombiakami. Walce przeciw nim przewodniczy on – pan Darcy.

Darcy nadal ma to coś

Wiadomo, Colin Firth był najlepszym Darcym, ale ten grany przez Sama Rileya jest równie tajemniczy, chmurny i dumny. Elizabeth uprzedza się do niego od pierwszego wejrzenia i tak samo szybko oddaje mu swoje serce. Kto by nie kochał mężczyzny zwalczającego skutecznie setki zombie.

Równie tajemnicza jest jego protektorka, Lady Catherine de Bourgh. Zdecydowanie bardziej intrygująca, niż ta powieściowa, ale podobnie irytująca. Przynajmniej do czasu.

Zombie, wszędzie zombie

Anglia staje w obliczu nieuchronnej katastrofy. Zombie chcą przejąć stolicę i zdobyć władzę. A są wszędzie i nie każdego można rozpoznać na pierwszy rzut oka. Widok zombiaków w szatach z tamtej epoki jest jednym z najzabawniejszych akcentów tej opowieści. Twórcy zadbali o stroje z epoki i scenografię, więc zastępy nieumarłych hasają wśród łąk, lasów i salonów z tamtych lat. Biorąc pod uwagę sztywną etykietę tamtego okresu, zombie to także niezła metafora bezmyślnego podążania za wymaganiami tzw. opinii.

Polecam także wyłuskiwanie niezliczonych sucharów z zombie w tle. Kurtuazyjne dyskusje przy wiście nabierają wtedy zupełnie innego smaczku. Nie wierzyłam, że po seansie dojdę do takiego wniosku, ale ten film naprawdę dobrze się ogląda. Dawno się tak nie uśmiałam. Nie wiem, czy taka była intencja twórców, ale bawiłam się świetnie.

Wrzucenie tej znanej historii w samo centrum epidemii wirusa zamieniającego Anglików z XIX-wiecznej prowincji w zombie, odświeżyło ją i pozwoliło dostrzec w niej nowe odcienie. Jednym słowem, polecam. Ku pokrzepieniu serc. I mózgów.

O FILMIE

PREMIERA: 21.01.2016 r.

SCENARIUSZ: Burr Steers

REŻYSERIA: Burr Steers

OBSADA:

m.in. Liliy James, Sam Riley, Jack Huston

Więcej na temat filmu przeczytacie np. na stronie FilmWeb

Quilling a kultura w moim życiu, czyli czasem kręcę [felieton]

Czasami kręcę. Można było to zaobserwować przy okazji serii Łąka Cafe, bo jej ilustracją był łąkowy ślimak Stefan skręcony przeze mnie w technice quilling.

Ostatnio wracam do papierowej twórczości i zaczęłam się zastanawiać nad tym, jak te moje wszystkie twórcze aktywności spotykają się i łączą. Jak bardzo przejawy kultury artystycznej, która mnie otacza, wpływają na to, co robię “po godzinach”. I odwrotnie. Zresztą przypadek Stefana jest tego znakomitym przykładem.

Zrobiłam w pamięci przegląd moich quillingowych wytworów i okazuje się, że mogłabym wydzielić w nich sporą grupę takich, które powstały z inspiracji moimi zainteresowaniami kulturowymi.

Jako że znakomita część mojej sympatii do sztuki skupia się na sztukach scenicznych i estradowych, zwłaszcza na kabarecie, wśród moich “natchnień” do kręcenia papierowych paseczków prym wiedzie sztuka kabaretu.

Pierwszym takim kabaretowym mini dziełkiem były kolczyki stylizowane na logo Stowarzyszenia PAKA, którego wolontariuszką byłam przez szereg lat. To pierwsze zrobiłam jeszcze z ręcznie wyciętych pasków czarnego i pomarańczowego papieru. Kolejne powstało z okazji 30. PAKI i miało już barwy tamtej perłowej edycji. I prezentowało się dużo lepiej, bo i ja nabrałam wprawy.

Z czasem moje pomysły były coraz bardziej szalone. Jednym z moich ulubionych musicali jest Moulin Rouge. Jak dotąd powstały trzy artefakty w technice quillingu, inspirowane tym filmem: gorset i czerwony wiatrak, będące broszkami, oraz lekkie nawiązanie do jednego z plakatów w formie wisiorka.

Z miłości do muzyki powstał komplet składający z się z czarnej, gitarowej broszki i kolczyków-nutek. Jeszcze nie wykonałam nic w tej technice z pobudek teatralnych i literackich, ale podejrzewam, że to tylko kwestia czasu.

Co mi daje takie projektowanie papierowej biżuterii? Na pewno mnóstwo radości. Satysfakcję, że nikt inny czegoś takiego nie posiada. Darmowe ćwiczenie kreatywności. Trening cierpliwości, bo elementy są filigranowe i czasochłonne. Jeden taki przedmiot to przynajmniej kilka godzin pracy, czasem dni, zwłaszcza wliczając w to utrwalanie papieru lakierem. Bardzo podziwiam rękodzielników, którzy tworzą w tej technice małe dzieła sztuki.

W szerszym kontekście pozwala mi to również podbudować poczucie własnej wartości, bo wiem, że jeśli coś sobie wymarzę i odpowiednio zaprojektuję, jestem w stanie to zrobić. Nawet jeśli to nie będzie w 100% idealne, to na pewno będzie moje i niepowtarzalne. A ta wiedza przydaje mi się także na co dzień.

Jeśli macie ochotę obejrzeć moje prace wykonane tą techniką, zapraszam na stronę na facebooku: Paquillinka.