O fabrykowaniu marzeń – Ziemia Obiecana w Teatrze Słowackiego [refleksja]

Obejrzane 19 marca 2016 roku.

Ziemia Obiecana, plakat reklamujący spektakl.
Ziemia Obiecana, plakat reklamujący spektakl.

Spotykają się Polak, Żyd i Niemiec… Brzmi jak początek dowcipu, a to tylko ironia losu. Trzy nacje rzucone na jedną ziemię, trzech bohaterów: Karol Borowiecki (Rafał Szumera), Moryc Welt (Marcin Kątny) i Maks Baum (Dawid Kartaszewicz), opętanych jednym marzeniem. Każdy z nich chce zarobić olbrzymie pieniądze w łódzkim Eldorado. Poza tym dzieli ich wszystko.

Nie czytałam Ziemi Obiecanej. Nie oglądałam też wersji filmowej. Powiem więcej: nie przepadam za Reymontem odkąd próbowałam przeczytać Chłopów. Jak zwykle nadrobię lekturę. Do tej pory zapoznałam się jednak z jej treścią i fragmentami. Zapowiada się ciekawiej, niż wspomniana lektura szkolna. Sądząc po tym, co widziałam na scenie, nie jest to mylne przekonanie.

Fabryki snów

Co łączy industrialną Łódź z przełomu XIX i XX wieku ze współczesnym musicalem? Każda z tych rzeczywistości kreuje sny o pewnym spełnieniu. A z ich połączenia otrzymujemy taki oto aktualny w treści spektakl muzyczny o łódzkiej Ziemi Obiecanej.

Każda namiętność może zamienić się w nałóg. Uwikłani w codzienne zmagania bohaterowie wciąż chcą więcej. Pragną więcej produkować, by więcej zarabiać. Pozostałe aspekty życia podporządkowane są więc pieniądzom. Ubodzy ich potrzebują, by żyć, bogaci ich pragną, by po prostu je mieć. Budują kolejne pałace, dokupują więcej maszyn, przez co cierpią zwalniani robotnicy, traktowani jak niewolnicza siła napędowa, małe trybiki w wielkich machinach fabrycznych.

Ale posiadacze sami stają się jednymi z tych zębatych kół, częścią maszynerii. Takie uwikłanie społeczeństwa w pogoń za pieniądzem doskonale oddaje spektakl Kombinat, oparty na piosenkach zespołu Republika (prezentowany na jednym z koncertów galowych PPA we Wrocławiu). Te same chłodne kalkulacje rządzące ludzkimi zachowaniami. To samo uzależnienie od systemu. Inny moment w historii, ale opisane mechanizmy są niemal identyczne.

Miasto, Masa, Maszyna

Te trzy „M”, które przytaczam tutaj za Peiperem, znalazły swoje zastosowanie również w jednym z tekstów Rafała Dziwisza ze spektaklu Teatru Słowackiego. Są doskonałym streszczeniem tej historii.

Miasto – Łódź. Moloch, który rozwinął się zaledwie w kilkadziesiąt lat z małej osady rolniczej. Miasto pożerające swych mieszkańców. Miasto układów, których podstawą są nie uczucia, a interesy.

Masa – robotnicy. Nie postrzegani  przez właścicieli fabryk jako indywidualne istoty, tylko elementy taśmy produkcyjnej. Jednolici poglądowo, z ambicjami przytłumionymi przez próbę przetrwania. Wepchnięci w  seryjną produkcję dla ludzi takich jak oni.

Maszyna – obietnica lepszego życia i bajecznych karier. Potwór wypierający czynnik ludzki z produkcji czegokolwiek. Drogie zabawki kapitalistów, sprowadzane z mitycznego Zachodu.

Kto potrafił ujarzmić te trzy elementy, stawał się lokalnym królem i mógł wybudować sobie kolejny łódzki pałac. Kto sobie z nimi nie radził – lądował na bruku.

Władza nici

Te wszystkie zależności ukazano poprzez dosłowne wplątanie bohaterów w sieć błękitnych nici. Tych samych, które produkowały owe masy ludzkie, przy udziale bezdusznych maszyn, w tym ogromnym, zimnym mieście. Jednym dawały bogactwo, innym odbierały życie.

Więziły głównych bohaterów tej opowieści. Wpływały na jakość  ich egzystencji, kontrolowały ich uczucia, budziły niskie instynkty, popychały do zbrodni, do aktów rozpaczy i zamiast łączyć – dzieliły.

 Tu przytoczę fragment songu z musicalu Rudolf. Afera Mayerling, Sznurki władzy, w przekładzie Doroty Kozielskiej:  „Sznurki w tył, sznurki w przód! Marionetki wprawiam w ruch! I znów tak tańczą jak im gram!  (…) Stłumię krzyk, zdławię bunt, prowodyra znajdę i wokół szyi sznur okręcę (Nie wychyli się już nikt!). Szczęście wam może dać ten, kto sznurki władzy ma i wie, jak nie poplątać ich!”

Tymi słowami opisywał swoją rolę na dworze cesarskim demoniczny hrabia Taafe. To mniej więcej taką władzę oferowała produkcja tych błękitnych nitek. Umiejętnie prowadzona, dawała kontrolę nad otoczeniem i własnym losem. Wystarczył jednak jeden błąd, jeden kiepski krok, by wpaść w zastawioną przez siebie sieć. To właśnie spotkało bohaterów tej barwnej opowieści.

Kapitalny musical

Dobra historia to podstawa, kapitał początkowy, dobrego spektaklu, także tego muzycznego. Tak określają tę produkcję sami twórcy. Dla mnie jest to idealnie zbilansowany musical. Dobry kapitał zaprocentował pięknym widowiskiem.

Podobała mi się surowość scenografii, bez sztucznie wybudowanego miasta, ze schematycznymi zarysami maszyn i zasugerowanymi delikatnie wnętrzami prywatnych mieszkań, czy przestrzeni miejskiej, z wykorzystaniem elementów multimedialnych i światła.

Pierwszoplanowa postać, Karol Borowiecki, młodzieniec szlacheckiego pochodzenia, stawia wszystko na jedną kartę i postanawia założyć własną fabrykę w Łodzi. Już tylko ten wątek daje podstawy dla widowiska skupionego wokół realizacji jednego z tych wielkich, Amerykańskich Snów, których echa pobrzmiewają w wielkich, amerykańskich musicalach. Dalej jest jeszcze ciekawiej.

Czym byłby spektakl muzyczny bez wątku miłosnego?  Karola otaczają piękne kobiety, które za nim szaleją, co on wykorzystuje bez specjalnych wyrzutów sumienia. Uwielbia go bałwochwalczo wspaniała Lucy, żona żydowskiego bankiera. Nadzieję na przyszłość wiąże z nim narzeczona Anka, dobra i miła dziewczyna z rodzinnego Kurowa, która dla niego rzuca majątek i wyprowadza się do Łodzi. I wreszcie zakochuje się w nim bez pamięci Mada, córka niemieckiego fabrykanta, właściciela jednego ze słynnych  łódzkich pałaców.

Są w tej historii szemrane interesy, zdrady, konflikty pokoleniowe, czarne charaktery, a przede wszystkim – indywidualne historie, przez które opowiedziano o stosunkach między różnymi warstwami społecznymi (posiadacze a robotnicy) i narodowymi (Polacy, Niemcy, Żydzi). Nie obyło się, rzecz jasna, bez stereotypowego podania postaci, pewnego ich uproszczenia, ale to też mieści się w konwencji musicalowej i przemawia raczej na korzyść spektaklu.

Całe to bogactwo fabuły przekazano w dialogach Reymonta oraz songach autorstwa Rafała Dziwisza i Piotra Dziubka, które połączył w całość Wojciech Kościelniak. I zrobił to naprawdę dobrze. Adaptatorowi udało się uchwycić sedno historii opowiedzianej przez Reymonta i przekazać je w bardzo atrakcyjnej formie słowno-muzycznej.

Część  piosenek jest dosyć prosta (mogłam bez problemu dopowiedzieć sobie rym w kolejnym wersie, nie znając go wcześniej), ale nie prostacka. Autor tekstów zna się na swojej sztuce doskonale. Utwory wpadają w ucho i świetnie ilustrują charaktery postaci, które je wykonują: namiętne wyznania miłosne Lucy, determinację Karola, rozpacz zdradzanego bankiera, cynizm lichwiarza. Niestety żadna z piosenek nie zachowała się w mojej pamięci, jednak pamiętam dobrze siłę ich przekazu.

Oglądanie tego spektaklu sprawiało mi dużo przyjemności. Zawsze czekam z utęsknieniem na podniesienie kurtyny. Za kurtyną teatralną czai się nowy świat. Ten z Ziemi Obiecanej był naprawdę wspaniały i pełen spełnionych obietnic. Przynajmniej tych złożonych wobec widza.

ZIEMIA OBIECANA (spektakl muzyczny)
Teatr im. Juliusza Słowackiego, Kraków, Duża Scena
Premiera: wrzesień 2011 roku

TEKST: Władysław Stanisław Reymont
ADAPTACJA I REŻYSERIA: Wojciech Kościelniak
TEKSTY PIOSENEK: Rafał Dziwisz
MUZYKA: Piotr Dziubek
SCENOGRAFIA: Damian Styrna
KOSTIUMY: Katarzyna Paciorek
CHOREOGRAFIA: Beata Owczarek
CHOREOGRAFIA: Janusz Skubaczkowski
PRZYGOTOWANIE WOKALNE: Halina Jarczyk
ASYSTENT REŻYSERA: Magdalena Kozińska
INSPICJENT: Agata Schweiger

OBSADA:

Karol Borowiecki: Rafał Szumera
Moryc Welt: Karol Śmiałek (gościnnie) / Marcin Kątny (gościnnie)
Maks Baum: Dawid Kartaszewicz (gościnnie)
Lucy Zuker: Katarzyna Zawiślak-Dolny
Müller: Krzysztof Jędrysek
Mada Müller: Barbara Garstka (gościnnie) / Ewelina Przybyła
Anka: Karolina Kazoń
Herman Bucholc: Tomasz Wysocki
Mateusz: Maciej Jackowski
Horn: Rafał Dziwisz
Zuker: Feliks Szajnert
Grosglik: Tadeusz Zięba
Robert Kessler: Wojciech Skibiński
Dawid Halpern: Sławomir Rokita
Stach Wilczek: Błażej Wójcik (gościnnie)
Bum-Bum: Grzegorz Łukawski
Michalakowa: Marta Waldera / Agnieszka Judycka
August: Rafał Sadowski
Baum: Jerzy Światłoń
Zosia Malinowska: Julia Siewniak / Matylda Wojsznis
Adam Malinowski: Aleksander Kopański / Michał Woźnica
Malinowska: Hanna Bieluszko Papuga: Gabriela Pawłowicz

TANCERZE:

Aleksander Kopański
Karol Miękina
Gabriela Pawłowicz
Piotr Skalski
Natalia Staninska
Dorota Wacek
Michał Woźnica

ORKIESTRA W SKŁADZIE:

DYRYGENT, I SKRZYPCE: Halina Jarczyk
II SKRZYPCE: Tomasz Góra / Mateusz Jędrysek
WIOLONCZELA: Jacek Kociuban / Alicja Góra
FORTEPIAN: Jacek Bylica
AKORDEON: Jacek Hołubowski / Grzegorz Polus
KLARNET CL, CLB: Andrzej Godek / Jakub Sztencel
TUBA: Przemysław Sokół
BANJO: Krzysztof Oczkowski
KONTRABAS:
Grzegorz Piętak
PERKUSJA:
Sławomir Berny / Bartłomiej Szczepański

TRAILER

 

Pięć książek o władczych kobietach. Literatura kobieca inaczej.

Siostry Pareńskie, Dagny Juel-Przybyszewska, Maria Curie, Helena Modrzejewska i Elżbieta Batory: historyczne postaci kobiece na miarę powieściowych heroin.
Siostry Pareńskie, Dagny Juel-Przybyszewska, Maria Curie, Helena Modrzejewska i Elżbieta Batory: historyczne postaci kobiece na miarę powieściowych heroin.

Kobiety to nie tylko matki, żony i kochanki. Od wieków inspirują artystów, tworzą sztukę, odkrywają świat i rządzą duszami. Ich życie staje się kanwą książek biograficznych, dokumentalnych i beletrystycznych. Ich losy są dowodem na to, że interesujące i intrygujące historie toczą się obok nas. Wystarczy tylko po nie sięgnąć – jako czytelnik, lub twórca. Oto opowieści, dzięki którym zobaczycie literaturę kobiecą w innym świetle.

1. Muzy Młodej Polski, Monika Śliwińska

Iskry, Warszawa 2014

16 marca 1901 roku młody dramaturg, Stanisław Wyspiański, wywołał w małym, ciasnym Krakowie skandal obyczajowy premierą swojej sztuki, Wesele. Sportretował w niej biesiadników, biorących udział w przyjęciu weselnym Lucjana Rydla, w bronowickiej chacie. Osoby te opisał dosłownie, i dopiero po namowach zgodził się na drobne zmiany i usunięcie nazwisk na rzecz ogólniejszych określeń, np. Radczyni, Dziennikarz. Ale nie zmienił imion dwóch panien Pareńskich, Maryny i Zosi.

Ich matka, Eliza Pareńska, była protektorką i wielbicielką Wyspiańskiego, toteż artysta często gościł w jej domu. To tam po raz pierwszy spotkał Marię i Zofię, późniejszą panią Boyową-Żeleńską, a także trzecią z sióstr – Lizkę, które chętnie portretował.

Piękne siostry Pareńskie zawróciły w głowach całej bohemy artystycznej Krakowa. Były inteligentne i wygadane, do tańca i do rozmowy. Jak na epokę, w której się wychowywały, dysponowały dużą swobodą i nie wahały się jej wykorzystywać.

Bardzo się cieszę, że ta książka powstała. Jest świetnie napisana i widać, że autorka włożyła mnóstwo pracy, by zebrać dokumentację. Nie brakuje w niej także starych fotografii. Część z nich znałam, część zobaczyłam po raz pierwszy. Dobrze mieć przed oczami opisywane osoby, to skraca dystans i pozwala lepiej wniknąć w epokę. Przy okazji sióstr Pareńskich biografistyka skreśliła także portrety ich niezwykłych rodziców, już nie mówiąc o przeróżnych znakomitościach tego okresu, które przewinęły się przez ich dom.

2. Dagny Przybyszewska. Zbłąkana gwiazda, Ewa K. Kossak

seria Ludzie Żywi, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1973

Była jesień 1898 roku, gdy do galicyjskiego Krakowa przyjechał Stanisław Przybyszewski, budząc do życia miejscową inteligencję. Nie mniej rozbudziła wyobraźnię złotej młodzieży jego żona, Dagny-Juel Przybyszewska.

Norweska pianistka i pisarka, zasłynęła jako muza berlińskiej cyganerii. To jej twarz widnieje na płótnach Muncha. Zostawiała za sobą dzieła sztuki i złamane serca. Historia przykleiła jej łatkę femme fatale, i nie było to do końca bezpodstawne. Poza tym była jednak wrażliwą, inteligentną kobietą, która dobrowolnie zgodziła się na bycie tłem dla swojego genialnego męża, jak mówiono o Przybyszewskim.

Czy był aż tak genialny? Wtedy uważano, że tak. Ja mam odmienne zdanie. Ale nawet on, kapryśny i nieznośny jak dzieciak, przez lata kochał ją do szaleństwa. To jej zawdzięczał złoty okres swojej twórczości.

Dagny była czułą matką, kochającą żoną i raczej nieobojętną na męskie wdzięki kobietą, choć potrafiła ustawić zbyt nachalnych adoratorów jednym gestem. Opisywano ja jako chłodną, norweską księżniczkę, choć miała w sobie wiele serdeczności. Ceniła dobre malarstwo, uwielbiała literaturę Wyspiańskiego, którego znała z niemieckiego przekładu. Była oczytana i wykształcona, choć trudno było jej opanować język polski, więc w ojczyźnie męża nie mogła w pełni zabłysnąć.

Książka Ewy Kossak jest cennym dokumentem nie tylko życia Dagny Juel, ale i pewnej epoki oraz narastającej wokół niej legendy tamtych lat.

3. Maria Curie, Ewa Curie

przeł. Hanna Szyllerowa, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1972

Czy wiedzieliście, że Maria Skłodowska-Curie zawsze wybierała ciemne suknie? Kupowała ich niewiele, uznając nowe ubrania za fanaberię, więc by dłużej nadawały się do użytku, używała ciemnych materiałów, po których mniej było widać stan zużycia. Nawet jej suknia ślubna była granatowa.

Maria Curie wyprzedziła swoje czasy. Swoim uporem i niezłomnością wyrobiła sobie pozycję w świecie nauki, zasłynęła jako wielka uczona i w zasadzie przyćmiła swojego męża, Piotra Curie. Połączyła ich miłość do nauki i wycieczek rowerowych. Szaleli za sobą.

Maria Curie dobrze wiedziała, czego chce, i co musi poświęcić, żeby to osiągnąć. Żyła skromnie, nawet gdy mogła pozwolić sobie na większy luksus. Sława jej nie interesowała. To historia, która pokazuje, ile można osiągnąć, gdy się czegoś naprawdę mocno pragnie. I jaką cenę trzeba za to zapłacić.

4. Gwiazda dwóch kontynentów, Juliusz Kydryński

Nasza Księgarnia, Warszawa 1989

Kiedy Helena Opid podawała bułeczki i mleko w krakowskim lokalu swojej matki, nikt jeszcze nie przypuszczał, że wyrośnie na największą aktorkę szekspirowską swoich czasów. Ba! Że będzie grała Szekspira w oryginale!

Zaczynała w Bochni i teatrach objazdowych, przyjmując pseudonim Modrzejewska, później była scena krakowska, Warszawskie Teatry Rządowe, sceny europejskie, i w końcu Ameryka. To tam zdobyła sławę międzykontynentalną i ponadczasową.

Biografię napisaną przez Kydryńskiego czyta się jak dobrą powieść. Jej bohaterka konsekwentnie dążyła do celu. Wierzyła w swoje możliwości i nie poddawała się. Pokonywała przeszkody, choć na każdym etapie jej kariery znalazł się ktoś, kto jej odradzał dalsze próby. Na szczęście miała także ogromne wsparcie ze strony najbliższych. Jej ruchy były przemyślane, siły mierzone na zamiary. Opłaciło się.

5. Hrabina. Tragiczna historia Elżbiety Batory, Rebecca Johns

przeł. Anna Bereta-Jankowska, Pascal, 2013

To najbardziej mroczna opowieść w tym zestawieniu i umieszczenie jej tutaj jest dość kontrowersyjne. Długo zastanawiałam się, czy to zrobić. Jednak ostatecznie jest to jedna z moich ulubionych postaci kobiecych. A ta książka jest wspaniale napisana. Ma w sobie wiele odcieni, nie tylko tych ciemnych.

Elżbieta Batory była inspiracją dla wielu horrorów o krwawych hrabinach. Z tego, co mi wiadomo, jest to najsłynniejsza seryjna morderczyni wszechczasów. Trudno stawiać ją za wzór do naśladowania, niemniej jednak jest to bardzo interesująca i wieloznaczna postać historyczna.

Rebecca Johns w swojej fabularyzowanej biografii, spisanej w formie pamiętnika Elżbiety, przedstawia nam jej fascynujące, niełatwe życie. Poznajemy więc czternastolatkę, zmuszoną do zbyt wczesnego zamążpójścia, która wyrasta na twardą, bezwzględną panią na zamku.

Pierwsze morderstwa biorą się z poczucia sprawiedliwości. Elżbieta każe służących podejrzanych o niedopełnienie obowiązków, by przypodobać się mężowi. Jej okrucieństwo narasta, a wszelkie granice zostają przekroczone po śmierci jej małżonka, kiedy giną córki znamienitych rodów, przysłane na naukę.

Jednak ta hrabina z powieści wydaje się mimo wszystkich tych potworności bardzo ludzka. Czasem mocno nieszczęśliwa. I może nawet godna współczucia. To jest w tym wszystkim najstraszniejsze. Ona sama nie zdaje sobie sprawy, jak wiele zła wyrządziła. Eskalacja tego zła zaczyna się niewinnie, już we wczesnym dzieciństwie, gdy Elżbieta jest świadkiem okrutnego karania poddanych przez członków rodziny. Można potraktować tę opowieść jako ostrzeżenie przed drzemiącymi w nas demonami. Niech one lepiej dalej drzemią. Chyba, że są to demony przyjazne otoczeniu.

Kobieca strona mocy

Pięć kobiecych historii, siedem różnych losów, odmiennych pragnień i celów. Te wszystkie kobiety łączy jedno – każda z nich miała nad kimś władzę. Siostry Pareńskie władały światem artystycznym bohemy, podobnie Dagny Juel-Przybyszewska. Elżbieta Batory dosłownie sprawowała władzę nad swymi poddanymi. Maria Skłodowska-Curie zawładnęła światem nauki, otwierając w nim nowe możliwości. A Helena Modrzejewska posiadła konradowski rząd dusz. Tyle odcieni kobiecości. Tej dobrej i złej. I pięć naprawdę dobrych książek na długie wieczory, odczarowujących sztampowe pojmowanie literatury kobiecej.

Biały wiersz dla dziewczyny (oo!) – o nierymowaniu

biały wiersz_grafika

Nie trzeba wiedzieć, jak składa się rymy, żeby być poetą. Dla liryków i wierszokletów, których przeraża rymowanie, bo zamiast zamierzonego sonetu piszą coś w rodzaju „Na dole róże, na górze róże, a twoje oczy są takie duże”, ktoś kiedyś wynalazł cudowne remedium – wiersze białe.

Dla każdego?

Pokutuje przekonanie, że taki nierymowany wiersz może napisać każdy. A proszę bardzo, w tej chwili udowodnię:

PODOBNO

podobno żeby
napisać biały wiersz
wystarczy zapisać
dowolną liczbę
słów
w wersach
o proszę
i jest

I najlepiej, żeby wersów nie ograniczały wielkie litery ani znaki przestankowe. Po co to komu. Wiem, zaczyna wyglądać to tak, jakbym krytykowała autorów białych wierszy. A jest wręcz przeciwnie.

Bo może nie trzeba rymować, żeby napisać wiersz. I rzeczywiście każdy jest w stanie rozpisać jakiekolwiek zdanie w wersy i nazwać to poezją. Ale według mnie nieprawdą jest, że wystarczy jedynie zapisać słowa w wersach. Wypadałoby coś jeszcze za tą formą ukryć. Jakąś myśl, jakiś przekaz (mile widziane przekazy gotówkowe), jakieś uczucia. Użyć metafory, ubrać rzeczywistość w nierzeczywiste obrazy, w słowa o znaczeniu do rozszyfrowania.

Jednak sztuka

Barbara Gruszka-Zych, Halina Poświatowska, Czesław Miłosz, Marcin Świetlicki, Claude Beausoleil… Takie nazwiska przychodzą mi na myśl, gdy myślę o białych wierszach. To są wiersze o czymś ważnym: dla ogółu, lub dla autora, ale o czymś, co ma wartość w momencie powstawania danego utworu i jest w stanie wytworzyć jakąś wartość dla czytelnika.

Nie zgłębiałam naukowych aspektów konstruowania wierszy białych. Ale wiem jedno: każdy z tych poetów ma swój rytm. Bo biały wiersz nie oznacza wiersza niechlujnego i nieprzemyślanego. To po prostu utwór bez rymów. Poza tym jest tyle rodzajów nierymowanej poezji: poematy prozą, przekłady, krótkie wierszyki i długie wierszydła o zapędach traktatu filozoficznego (już nie wspominając tych wszystkich technicznych podziałów: sylabotoniczne, toniczne itp.). Jest w czym wybierać.

Czy biały wiersz jest prostszy od rymowanego? Pewnie. Ale tylko ze względów formalnych. Przynajmniej dla mnie.

Złapać myśl

Zdarzało mi się używać wiersza białego jako rodzaju poetyckiego notatnika. Gdzieś jeszcze mam pochowane po rozmaitych stronach i dokumentach zapisane na szybko myśli, które później rozwinęłam w sonet czy inne rymowane twory. Czasem nawet te pierwsze szkice brzmiały lepiej.

Biały wiersz jest bliższy mowie potocznej, łatwiej więc uchwycić nim na szybko jakieś przemyślenia. Czy rozwiniemy to w rymach, czy nie, to już kwestia indywidualna. Ja lubię rymować. Nie twierdzę, że zawsze mi to wychodzi, jak i że moje białe wiersze (i te nie białe również) są szczególnie głębokie. Ale ja po prostu lubię zabawę słowem, dla samej zabawy, więc często samo już układanie wersów jest dla mnie atrakcją (z czytelnikami bywa różnie).

Zamiast misia

A zatem dla kogo są białe wiersze? Poezja jest dobrem wspólnym, każdy ma prawo dzielić się swoją wizją świata w takiej formie, na jaką ma ochotę. Wiersz biały jest dla każdego, kto zechce go użyć, by przekazać coś innym (albo schować to do szuflady). Nie każdemu musi przypaść do gustu nasz punkt widzenia i nasz utwór. Podobnie jest zresztą z wierszami rymowanymi. Ale to już kwestia gustu.

Na pewno pisanie takich wierszy jest dobrym ćwiczeniem, jeśli ktoś zamierza dopiero zacząć przekazywać swoje odczucia w mowie wiązanej. Łatwiej rozpocząć od prostszej formy i skupić się na szlifowaniu treści, by później móc swobodniej ubierać te treści w dowolne formy, również rymowane.

Na koniec taka luźna propozycja: panowie, a może by tak zamiast „na górze róże” i „białych misiów” podarować wybrance biały wiersz? Dotyczy to oczywiście każdej innej konfiguracji w związku. Białe wiersze są ponad podziałami.