Sprawiedliwość według Ajschylosa. Oresteja w Teatrze Starym [prawie recenzja]

Obejrzany 06 maja 2016 r.

oresteja
Fotos ze spektaklu (źródło: stary.pl)

Dla odświeżenia przed spektaklem przeczytałam ponownie Oresteję Ajschylosa (Ha! Wreszcie coś, co znałam wcześniej!). Jeśli myślicie, że macie problemy, poczytajcie greckie tragedie. Dowiecie się z nich między innymi, że powiedzenie „robić coś jak baba” prawdopodobnie tam ma swoje źródło, tchórzliwy facet to „pół-niewiasta”, zemsta nie popłaca, a bogowie są przekupni. A po spektaklu w reżyserii Jana Klaty dodatkowo przekonacie się, że „rodzina nie cieszy, gdy jest” (cytat niby z Jeremiego Przybory, ale autor Orestei mógłby się pod nim podpisać).

Czasoprzestrzenne puzzle

Intrygują mnie spektakle Jana Klaty. Budowane z oryginalnych treści, ale bez nacisku na ścisłe trzymanie się tekstu, w zupełnie nieklasycznej formie. Zilustrowane mocną, psychodeliczną muzyką i współczesną piosenką. Nie zaskoczyła mnie podobna mieszanka firmowa w tej wersji Orestei. Czekałam na takie rozwiązania i dostałam je, w dodatku w wykonaniu wspaniałego zespołu.

Scenografia przypominała mi trochę tę ze spektaklu Stara kobieta wysiaduje: krajobraz tuż po katastrofie, w oczekiwaniu na kolejną. Choć teraz była ona dużo skromniejsza. Tylko warstwa szarego kamienia i mgła, gęstniejąca w tle. W jednej z recenzji przeczytałam, że sceneria ta przypomina koszmar senny, z którego nie można się obudzić. I na takim tle pojawiają się ludzie ubrani w garnitury, jak w nowoczesnym korpo-piekle. Każda postać wydaje się upchnięta w swój mundurek. Klasyczny tekst greckiej tragedii wypowiadają postaci ubrane współcześnie. Chór męski nie tylko komentuje wydarzenia, ale i nieraz nieźle się przy tym bawi. Bogowie zachowują się jak celebryci, a Klitajmestra biega po scenie z toporną siekierą, a nie z eleganckim sztyletem. Postaci umazane są pyłem, jak po wybuchu bomby. A Erynie to trzy bardzo atrakcyjne kobiety w bardzo sfatygowanych fatałaszkach. Zwariowana układanka stylów, czasów, klisz, które, o dziwo, tworzą jednak spójną całość. Rzeczywiście, trochę jak ze snu wariata.

Taka patchworkowa struktura idealnie wpasowała się w szaloną historię rodu Atrydów. Dzisiaj mógłby powstać z tego sezon Horror Story, z tym, że nie American a Greek. Bo na pewno nie jest to materiał na odcinki z serii Rodzinka.pl. Nie sądzę, żeby pani Boska podała na kolację pieczeń z dzieci, nawet jeśli te wyjątkowo by ją wkurzały.

Sąd sądem…

A u Ajschylosa, więc i u Klaty, mamy pieczeń z synów brata, córkę złożoną w ofierze, zabójstwo męża w celu pomszczenia córki i zabójstwo matki, w celu pomszczenia ojca. To raczej niestandardowe zabawy rodzinne. Chyba, że byłby to sequel Funny Games Michaela Haneke. Prócz tego Jan Klata zaserwował nam wątek kazirodczy między Elektrą (Anna Radwan-Gancarczyk) a Orestesem (Piotr Głowacki), dziećmi Agamemnona i Klitajmestry. I choć w oryginale się go nie dopatrzyłam, na tle tych wszystkich wydarzeń na łonie rodziny, wypada on całkiem pozytywnie. Serio. Nawet jeśli Elektra wygląda jak Lolita a Orestes – jak chłopiec z elitarnej szkoły męskiej prowadzonej przez zakonnice, jak gdyby nie dorośli do swoich ról. Elektra składa ciału ojca ofiarę z własnych zabawek, Orestes nie rozstaje się z komiksem o superbohaterze. I to właśnie ta para szykuje krwawą zemstę na matce i jej kochanku. Chyba niezbyt przejęli się śmiercią siostry Ifigenii, do której doprowadził Agamemnon.

I w całej tej gmatwaninie celów uświęcających środki, co sprowadza się generalnie do zemsty, najbardziej zastanawiają mnie dwie rzeczy. Po pierwsze, dlaczego większą wagę dla Eryni ma szukanie zemsty na Orestesie za zabicie matki i jej kochanka, Aigistosa (do czego w sumie miał powód, bo był synem owego brata, któremu podano nietypową pieczeń), niż na Klitajmestrze za zabicie męża, lub na Agamemnonie, który nie mrugnął okiem, gdy składano jego córkę w ofierze (by mógł wyruszyć statkiem na wojnę). Po drugie, czemu, u licha, wszyscy tak przejmowali się śmiercią Agamemnona, który był co najmniej niekompetentnym ojcem, skoro zdecydował się poświęcić życie własnego dziecka.

Wydaje się, że jedynym wytłumaczeniem wszystkich tych tragedii jest tutaj szukanie sprawiedliwości. Tyle, że każdy z bohaterów ma własną wizję tego, co jest sprawiedliwe. I tutaj wkracza do boju prawo, według którego ostatnie słowo w rozsądzaniu sporów miała Atena. „Sąd sądem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie” – to zdanie pochodzi z komedii Sami swoi, ale świadczy o tym, że mentalność ludzi nie zmieniła się aż tak bardzo.

Zróbmy show

Finałowe sceny sztuki Ajschylosa rozgrywają się w świątyniach Apolla, za sprawą którego Orestes dokonał krwawej zemsty na matce i Aigistosie, oraz Ateny, gdzie chroni się przed gniewem Eryni. W wersji Teatru Starego cała ta sekwencja „boskich” scen rozgrywa się w konwencji Talent Show, które otwiera spektakularne wejście uśmiechniętego od ucha do ucha Apollina (Błażej Peszek) w piosence Robbiego Williamsa, Feel. W tym kontekście słowa „Not sure I understand
this role I’ve been given” („Nie jestem pewny, czy rozumiem powierzoną mi rolę”), czy „I sit and talk to God and he just laughs at my plans” („Siedzę i rozmawiam z Bogiem a on tylko śmieje się z moich planów”) nabierają innego znaczenia. I nawet pewnej głębi. Zwłaszcza, że Orestes traktuje Apolla jak swojego idola i w zachwycie powtarza razem z nim słowa piosenki. Zresztą grecki bóg okazuje się całkiem podobny do brytyjskiego bożyszcza. Ciekawe zestawienie różnych rodzajów boskości. Ze względu na musicalowy charakter tego momentu w spektaklu, przywodzi mi on na myśl scenę z Herodem w Jesus Christ Superstar. Ten sam blichtr i pyszałkowatość.

A później jest już tylko lepiej. Gdy Erynie rzucają się z oskarżeniami na Orestesa, dochodzi do walki… o głosy publiczności. Sąd nad Orestesem zmienia się więc w show, w którym sędziami są widzowie. Gdyby te wydarzenia rozgrywały się współcześnie, takie rozwiązanie byłoby całkiem prawdopodobne, skoro mamy już programy oparte na transmisjach (choćby i inscenizowanych) rozpraw sądowych. Głosowanie kończy się remisem. Głosem Ateny Orestes zostaje uniewinniony. Sama nie wiem, czy słusznie.

Bo tak po prawdzie, wystarczyło po prostu nikogo nie zabijać, z zemsty, chyba, że jest się akurat psychopatycznym zwyrodnialcem i to takie hobby. Przez zemstę rodzą się konflikty zbrojne i nowe zbrodnie. Przez zemstę łaknących sprawiedliwości zbrodniarzy dręczą wyrzuty sumienia. Wszyscy przegrywają. Niemniej jednak stworzona przez Ajschylosa historia jest fantastyczna i oprawiona w formę, którą dał jej Jan Klata ze swoimi współpracownikami, odsłania pokłady możliwości interpretacyjnych.

Zrozumieć rolę

Ten wers z piosenki Williamsa, który cytowałam wyżej, utkwił mi w pamięci, choć nawet jej wcześniej za dobrze nie znałam. Co to znaczy „zrozumieć powierzoną rolę”? W kontekście sztuki Ajschylosa rozumiem to jako odkrywanie swojego przeznaczenia.

Ale co to oznacza dla aktora? Kiedy aktor może przyznać, że zrozumiał rolę? Tego nie wiem, musiałabym sama zostać aktorką. Myślę jednak, że zespół biorący udział w Orestei Teatru Starego swoje role zrozumiał bezbłędnie.

Anna Dymna była oszałamiająca. Gdy pojawiła się po raz pierwszy we mgle, w głębi sceny, już wiedziałam, że to będzie znakomicie zagrana Klitajmestra. W białej, zakrwawionej sukni ślubnej, z rozmazanym makijażem, z siekierą w dłoni, paląca papierosa po zamordowaniu męża… Była najbardziej przerażającą, a równocześnie, najsmutniejszą postacią kobiecą, jaką jestem w stanie odszukać w mojej pamięci.

Niemniej jednak to Anna Radwan-Gancarczyk zachwyciła mnie najbardziej w tym spektaklu. W długiej sukni Ateny wyglądała przepięknie, jak jedna z gwiazd gali rozdania Oscarów. To jedna z tych aktorek, która równie dobrze sprawdza się w interpretacji tekstów tragicznych, co komediowych. A w Orestei dała temu dowód. Jej Atena była tak odmienna od Elektry, którą grała ledwie kilka scen wcześniej. Prawdziwa bogini sceny!

Jeśli chodzi o postaci męskie, to oczywiście zwróciłam uwagę na Juliusza Chrząstowskiego. Bardzo lubię słuchać jego głosu, chociaż oglądając go w roli Aigistosa miałam wciąż przed oczami postać Orcia z Nie-boskiej komedii. Wszystko powiem Bogu. Tak wiele było z tej postaci w jego interpretacji Aigistosa. Podobało mi się to, ale ja po prostu cenię sobie każdą możliwość oglądania Juliusza Chrząstowskiego na scenie. Jak dotąd nie zawiódł moich oczekiwań.

Po raz pierwszy widziałam za to Błażeja Peszka i Piotra Głowackiego. Przyznaję, że obaj panowie mile mnie zaskoczyli. Błażej Peszek był bardzo frywolnym Apollinem, ale sposób podania pasował do tej postaci doskonale. Piotr Głowacki stworzył nieco histerycznego, niezdecydowanego, działającego jakby mechanicznie Orestesa, którego działania determinuje całe otoczenie (los, bogowie, siostra). Widziałam go w kilku filmach i nie zachwycił mnie swoją grą. W tym spektaklu poradził sobie bardzo dobrze.

Ewa Gałkowska zagrała bardzo przekonującą Kassandrę, wieszczkę, którą w widzeniach nawiedzały wszelakie okropności wiszące nad rodem Atrydów. Ta postać również zapadła mi w pamięć mocniej.

No i oczywiście wspaniałe były Chóry panów (Michał Majnicz, Bolesław Brzozowski, Andrzej Kozak, Jacek Romanowski, Rafał Jędrzejczyk) i pań – Eryń (Ewa Kaim, Ewa Gałkowska, Ewa Kolasińska). Pan i władca Agamemnon objawił nam się w postaci Zbigniewa Rucińskiego i choć zaraz potem został zadźgany przez małżonkę, była to dobra rola niedobrego tyrana, który jednak szanował bardzo bogów. Szkoda, że nieco mniej ludzi.

Oczywiście, nie tylko wykonawcy musieli opanować swoje role (co zrobili perfekcyjnie). Przy tak skomplikowanym systemie wejść aktorów wprost z widowni niemało musieli nauczyć się także inspicjenci, i zapewne technicy oświetlenia, bo światło było w tym spektaklu bardzo ważne. Ktoś musiał wyczarować dla nas ten na w pół senny świat Orestei, zanurzony w pyle i mgle. Dręczy mnie też pytanie, ile sukni ma Klitajmestra, że grając kilka spektakli z rzędu zawsze wchodzi na scenę w białej, a schodzi z niej w zakrwawionej szacie. Ot, taki problem.

Fantastycznie lutnia nastrojona

Kiedy zaczynałam pisać ten tekst, pomyślałam o wierszu Juliusza Słowackiego. Na zakończenie chciałabym zacytować kilka strof, które oddają mniej więcej klimat sztuki Ajschylosa:

Niech fantastycznie lutnia nastrojona,
Wtóruje myśli posępnej i ciemnej —
Bom oto wstąpił w grób Agamemnona.
I siedzę cichy w kopule podziemnej,
Co krwią Atrydów zwalana okrutną.
Serce zasnęło, lecz śni. — Jak mi smutno!

O! jak daleko brzmi ta harfa złota,
Której mi tylko echo wieczne słychać!
Drujdyczna z głazów ta to wielkich grota;
Gdzie wiatr przychodzi po szczelinach wzdychać
I ma Elektry głos — ta bieli płótno
I odzywa się z laurów: jak mi smutno!

[…]

O! cichy jestem jak wy! o Atrydzi!
Których popioły śpią pod świerszczów strażą —
Ani mię teraz moja małość wstydzi,
Ani się myśli tak jak orły ważą.
Głęboko jestem pokorny i cichy
Tu, w tym grobowcu sławy, zbrodni, pychy! —

Ale że jednak spektakl Jana Klaty nie był pozbawiony charakterystycznych dla niego mrugnięć do widza, pozwólcie zatem, że przełamię te smutne, choć piękne rymy, i ich głęboką powagę, cytatem Boya-Żeleńskiego z wiersza o jednym bardzo gadatliwym literacie Młodej Polski, Lucjanie Rydlu, z wiersza parodiującego ten Słowackiego:

Niech fantastycznie lutnia nastrojona
Wtóruje pieśni tragicznej i smutnej,

Bo — Rydel wstąpił w grób Agamemnona
I pysk rozpuścił w sposób tak okrutny,
Że rozbudzone na wpół trupy z cicha
Szepcą do siebie: cóż tam znów, u licha?!

O, cichym jestem jak wy, o Atrydzi,
— Bełkoce Rydel z zapienioną twarzą —
Ani mnie kiedy moja małość wstydzi,
Ani się myśli tak jak orły ważą —

(Tu wydał cichy jęk grobowiec niemy
Jakby chciał mówić: ach, wiemy to, wiemy!)

Z tej ziemi, którą boski Homer śpiewał,
Niechaj przeszłości szepcą do mnie głosy
Ludu, co także pod spód nic nie wdziewał
I także chodził z gołą głową, bosy;
Niech mówi do mnie duch helleńskich braci,
Co także, jak ja, nie nosili gaci.

I tak oto, postacią Pana Młodego z Wesela, Boy połączył mitologię Greków i Polaków. I to chyba daje mniej więcej pełny obraz charakteru tej historii przeniesionej na deski Teatru Starego. Polecam bardzo fanom niestandardowych adaptacji klasyki.

O spektaklu

ORESTEJA
PRZEKŁAD: Maciej Słomczyński
REŻYSERIA: Jan Klata

Premiera: 25.02.2007 r., Duża Scena, ul. Jagiellońska 1

ADAPTACJA: Iga Gańczarczyk, Jan Klata, Anna Włodarska
OPRACOWANIE MUZYCZNE: Jan Klata, Rafał Kowalczyk
SCENOGRAFIA I REŻYSERIA ŚWIATŁA: Justyna Łagowska
KOSTIUMY: Mirek Kaczmarek
RUCH SCENICZNY: Maćko Prusak
ASYSTENT REŻYSERA: Anna Włodarska

OBSADA:
Aigistos – Juliusz Chrząstowski
Klitajmestra – Anna Dymna
Elektra, Atena – Anna Radwan-Gancarczyk
Kassandra, Alekto – Małgorzata Gałkowska
Orestes – Piotr Głowacki
Apollo – Błażej Peszek
Megajra – Ewa Kolasińska
Tejsifone – Ewa Kaim
Obywatel 1 – Bolesław Brzozowski
Obywatel 2 – Michał Majnicz
Obywatel 3 – Andrzej Kozak
Obywatel 4 – Jacek Romanowski
Obywatel 5 – Rafał Jędrzejczyk
Agamemnon – Zbigniew Ruciński

Trailer

Teatromania postępująca. Część II, czyli jak to działa

Teatromania

Zauważyłam, że rozwinęło się u mnie zainteresowanie sztuką od podszewki. Być może nie jest to nic wyjątkowego. Miałam tak i w przypadku kabaretu, i piosenki, i książki, i wreszcie – teatru. Przejawia się to taką narastającą potrzebą poznania. Odnalezienia odpowiedzi na pytanie jak to wszystko właściwie działa? Jak to jest zrobione? Jak to wygląda od zaplecza?

Perspektywa ma znaczenie

Kojarzycie takie spektakle, których pierwsze sceny rozpoczynają się na fragmencie sceny wysuniętym przed opuszczoną kurtyną? Wzrok przyzwyczaja się do tej przestrzeni, percepcja przyjmuje ten świat przedstawiony za pewnik. I nagle kurtyna unosi się, odsłaniając głębię. Jakby ukazywała nam drugie dno, możliwość niezliczonych interpretacji.

Tak dzieje się w „Bitwie warszawskiej 1920” Teatru Starego. Początkowo skromne dekoracje, na tle wyjątkowo spektakularnej zasłony z mundurów i strojów historycznych, dopełnia obraz spalonej opery, znajdujący się po drugiej stronie. Najbardziej uderza właśnie ta głębia, znakomite wykorzystanie perspektywy. Ile pracy trzeba było włożyć w taki efekt? Ile wysiłku kosztuje twórców przygotowanie tej scenografii do każdego spektaklu? Efekty są oszałamiające. Kiedy pierwszy raz to zobaczyłam, jestem pewna, że moje usta automatycznie uchyliły się w takim niemym zadziwieniu. I zachwycie. Co ciekawa, ta spektakularna forma nie przyćmiewa treści, a raczej ją jeszcze eksponuje. To jest prawdziwa sztuka.

Kwestia techniki

Widz teatralny nie zdaje sobie sprawy z wielu rzeczy. Nie zastanawia się raczej, jak działają te wszystkie światła, dźwięki, poruszające się przedmioty. Dlaczego padający na ziemię tapczan upada dokładnie tam, gdzie ma upaść, z leżącym na nim aktorem, w dokładnie tym momencie, w którym to przewidziano (tak, jak w pierwszych scenach „Wroga Ludu”)? Widza to tak naprawdę nie interesuje. Wystarczy mu iluzja, którą otrzymuje od twórców spektaklu. Znajdą się oczywiście wyjątki, jak w każdej regule. Ja również daję się tej iluzji wciągnąć, bo po to przecież idę do teatru, na koncert, do kina… Niemniej jednak lata przebywania za kulisami kabaretowego świata pozwalają mi dostrzegać coś więcej. Nie denerwować się, gdy obsługa teatru wpuszcza publiczność na salę z pewnym opóźnieniem. Widocznie pojawiły się jakieś problemy techniczne, lub trzeba zainstalować aktorów na niezbyt wygodnych stanowiskach, bo to właśnie przewiduje scenariusz.

Nie dziwi mnie, że Teatr Stary przygotował spektakl, ukazujący ciężką pracę technicznych tej sceny – „Kwestia Techniki”. Bez nich spektakle nie mogłyby się odbywać w tak spektakularnych formach. Na pewno wybiorę się kiedyś na ten pokaz umiejętności mistrzów technik teatralnych. To oni wyczarowują dla nas m.in. ściany czaszek, latających bohaterów, ruchome budynki itd. Jednym słowem: WOW!

Nie tylko scena

Ale te zakulisowe działania to nie tylko przygotowanie scenografii i obsługa maszynerii. Jest wiele funkcji w teatrze, których publiczność nie widzi, a które sprawiają, że to wszystko funkcjonuje poprawnie. Oświetleniowcy, dźwiękowcy, inspicjenci… Ale i bileterzy, kasjerzy, pracownicy szatni. Organizacja widowni. Tylu ludzi pracuje, by widz mógł spędzić niezapomniane chwile w teatrze. Dla mnie cała ta techniczna otoczka spektaklu jest fascynująca.

Juliusz Osterwa uważał, że pełnoprawnym człowiekiem teatru może być tylko ten, kto nie tylko gra na scenie, czy reżyseruje, ale całe swoje życie wiąże z teatrem jak najściślej. Jego Reduta tak właśnie kształciła „ludzi teatru”, rzemiosło traktując na równi ze sztuką. Technikę stawiając obok ideologii. Materię obok duchowości. Aktor Osterwy wykonywał wersety Słowackiego, po czym chwytał za miotłę i sam zamiatał scenę, na której przed chwilą grał. I to jest pełny obraz teatru, który chcę zgłębić. Przynajmniej teoretycznie.

Idol w trzech osobach [archiwalia]

Zdarza się, że piszę teksty, których z różnych powodów nie mogę opublikować zaraz po ich napisaniu. Takie teksty tracą nieco na aktualności, natomiast same w sobie są na tyle uniwersalne, że chciałabym do nich tutaj wracać. Ten artykuł napisałam w lutym tego roku na pewien konkurs. W konkursie mi się nie powiodło, ale to nic, bo dzięki niemu spojrzałam trochę inaczej na kilka spraw i dostrzegłam nowe możliwości w opisywaniu sztuki.

Pisane 13.02.2016 roku.

Fotos ze spektaklu Do Damaszku, źródło: stary.pl
Fotos ze spektaklu Do Damaszku (źródło: stary.pl)

Nie tak miał wyglądać ten tekst. To miała być kolejna recenzja, jedna z tych, które piszę, by nie zapomnieć, co myślałam w danym momencie o konkretnym filmie, spektaklu, koncercie. Tak miało być i w przypadku Planety Singli. Tak miało być – do wczoraj. Bo wczoraj wreszcie obejrzałam w Teatrze Starym spektakl Jana Klaty, Do Damaszku, i nie potrafię oprzeć się pokusie zestawienia tych dwóch tytułów.

Na pozór nie mają ze sobą nic wspólnego, począwszy od gatunku, poprzez zespół aktorski, na atmosferze skończywszy. Planeta Singli jest kolejną komedią romantyczną w reżyserii Mitji Okorna, Do Damaszku jednym z głośnych spektakli Jana Klaty. Sztuka Teatru Starego jest oparta na dramacie Augusta Strindberga, przepisanym na współczesną formę. Komedia z Maciejem Stuhrem posiada własny scenariusz, choć utkany ze znanych nam schematów. Dwa różne światy, różne środki wyrazu i kompletnie inne fabuły.

Łączy je jednak postać głównego bohatera – ulubieńca tłumów, gwiazdora, celebryty. W Planecie Singli jest to Tomek Wilczyński. W spektaklu Klaty nieznany nam z imienia i nazwiska Idol – ikona popkultury.

Artysta totalny

Idol (Marcin Czarnik) to zblazowany muzyk, performer, „artysta totalny”, jak sam o sobie mówi, z manią wielkości i nieustannymi wyrzutami sumienia, którym nawet nie próbuje zaradzić. Ma poczucie klęski, drogi donikąd, ale jakiś upiorny fatalizm nie pozwala mu na szukanie miłosierdzia i wybaczenia, które mogłyby wpłynąć na niego zbawiennie. Kiedy się na nie zdecyduje, będzie już za późno na odkupienie. W przeszłości zrobił coś strasznego, o co oskarżono jego kolegę ze szkoły. Konsekwencje tego czynu ścigają go przez całe życie. W wyniku tego działania utracił wiarę w Boga i zamienił ją na złotego cielca własnej sławy.

Odniosłam zresztą wrażenie, że nieprzypadkowo określono bohatera słowem „Idol”. To on miał być bogiem życia. W spotkanej przypadkowo kobiecie (Jaśmina Polak) odnajduje drogę do ratunku od samotności, a więc i ta znajomość wypływa z egoistycznych pobudek. Nadaje jej imię Ewa i stwarza ją dla siebie, a jego nieokrzesany sposób bycia przyciąga ją do niego tak mocno, że mimo destrukcyjnego wpływu, nie potrafi mu się oprzeć (a może właśnie dlatego?).

Choć wystrojony w nienaganny garnitur, noszący ciemne okulary, jak blady cień niepokornego Jamesa Deana, wydaje się nieporadny w swoich próbach udowodnienia światu, że wciąż jest popularny. Przystojny, ale zmęczony życiem, jest jak karykatura gwiazdora.

Ciągłym pytaniom o sens istnienia towarzyszą tutaj skojarzenia z innymi tekstami kultury. Po pierwsze: scenografię spektaklu stanowią ściany zbudowane z czaszek, zawieszonych w przestrzeni jak setki Yoricków zadających od lat to samo pytanie: „Być albo nie być?”. Po drugie: Idol jeździ na czerwonym rowerze, okrążając wielokrotnie scenę, jak Jigsaw z filmu „Piła”, co wprowadza dodatkowy element groteski i sprowadza wydarzenia do poziomu gry, zabawy z przeznaczeniem. Tutaj też gra toczy się na śmierć i życie, nawet w wymiarze ogólnoludzkim.

Idol pretenduje do roli boga, ale ma w sobie coś pierwotnie demonicznego. Z pewnością nie jest aniołem światłości, jak mówi o nim matka jego drugiej żony. Nie wiadomo czy jest opętany, czy oszalał. Być może już samo jego istnienie jest swoistym bluźnierstwem. Sam nie jest pewny, co jest prawdą, a co wytworem jego wyobraźni. Jego znakiem rozpoznawczym jest pewna poza, krótki układ choreograficzny, zakończony skrzyżowaniem ramion na piersi. W niektórych momentach wykonywany jakby bezwiednie, mechanicznie, sprawiając, że czasem Idol wydaje się wręcz rozczulający. Podkreśla to zagubienie i niepewność bohatera, przykrywane nieustannym buntem.

Showman bez skrupułów

Tomek Wilczyński (Maciej Stuhr) nie dba za bardzo o uczucia innych. Ironia towarzyszy niemal każdej jego wypowiedzi. Każde działanie opiera na chłodnej kalkulacji. Jego też ściga przeszłość, przypominając mu o tym, co utracił. Do sławy doszedł rozwijając swoje zainteresowania teatrzykiem kukiełkowym. Kiedy trafił do telewizji, szybko zyskał rozgłos i pieniądze, po drodze zgubił jednak to, co ważne. Cynizmem pokrywa osamotnienie w świecie fleszy.

Ma wszystko: pieniądze, piękne mieszkanie, sławę i setki gotowych na wszystko fanek. Nie był zbyt zadowolony, gdy jego kariera nagle miała zależeć od dobrej woli spotkanej przypadkowo dziewczyny, której wypomniał randkowanie przez Internet i romantyczne wizje miłości. W tym przypadku bunt bawidamka został utemperowany przez kobietę, której ten zaufał wbrew sobie. I jak to bywa w tego typu filmach – nastąpiło szczęśliwe zakończenie. Po drodze opowieść została okraszona garścią wzruszeń i kilkoma zaskoczeniami. Miłymi, muszę przyznać.

Ta wersja idola jest zdecydowanie lżej podana, ale rysują się tutaj podobne problemy. Brak liczenia się z uczuciami innych, osamotnienie wśród ludzi, pogoń za sensacją, sztuczność otoczenia, cyniczne widzenie świata i wizja ostatecznej klęski, tutaj szczęśliwie zażegnana przez związek z Anią (Agnieszka Więdłocha). Popkultura w pełnej krasie. To jest ten świat, w którym za dodatkowe „lajki” pozuje się do durnych zdjęć, a publiczność emocjonuje się kolejnymi sensacyjkami. Równocześnie trudno mówić o braku sympatii do Tomka – niepokorni zawsze będą mile widziani. Na końcu bohater zostaje oczyszczony przez miłość, więc tutaj proces wewnętrznej przemiany zostaje zwieńczony sukcesem.

Ten trzeci – celebryta

I oto wynik moich obserwacji filmowo-teatralnych – trzecia odsłona okładkowego Idola. Oderwany od rzeczywistości, ale nie mogący się od niej uwolnić. Cyniczny, zepsuty, pragnący władzy nad innymi i traktujący wszelkie objawy uwielbienia jako oczywiste. Krzywe zwierciadło naszych wad, ciemnej strony ludzkiej natury. Czyż nie wszyscy jesteśmy po trosze narcyzami? Do pewnego stopnia nie ma w tym nic złego, jeśli przy okazji nie traktujemy innych z góry i ich nie ranimy.

Gdy pycha przesłania człowiekowi świat, zwłaszcza ta niczym nieuzasadniona, gdy zaczyna sam siebie okłamywać, że tak właśnie miało być, a jego marzenia sprzed lat były fikcją, gdy zaprzedaje się, uczestnicząc w miernej jakości imprezach i przedsięwzięciach, za kolejne pięć minut na wizji, gdy zaczynają opuszczać go przyjaciele i nawet sam przed sobą nie potrafi udawać szacunku do siebie, dojście do granicy, której przekroczenie go zniszczy, jest już tylko kwestią czasu.

Władza w rytmie tanga

Kabaret Młodych Panów wykonał kiedyś utwór Tango Władza, skompilowany ze znanych melodii i własnych tekstów, w którym postać określana jako Gwiazda, czy też Idol, wyznaje: „Chcą wyglądać jak ja, mówić jak ja, wielbi mnie lud wszystkich wiosek i miast. […] Konradzie, ty chciałeś posiadać rząd dusz, ja mam choć nie prosiłem. […] Telewizja decyduje, kto ma władzę, kto nie!”. Władza nad światem, którą daje sława, bywa złudna. Zawsze znajdzie się ktoś o jeszcze większej mocy sprawczej.

Upojenie sukcesem odbiera rozum i kontrolę nad własnym życiem. Dzisiaj, przy tak prostym dostępie do różnorodnych mediów, każdy może mieć swoje pięć minut. Nie jest trudno znaleźć się na świeczniku i zapozować na ściance. Nie jest trudno zdobyć polubienia na popularnych portalach społecznościowych. W przypływie adrenaliny trudno natomiast zrozumieć, że taka sława jest chwilowa i lepiej nie palić za sobą wszystkich mostów.

Idol i Tomek to dwa przykłady tego samego zjawiska. Pierwszy nie umiał odnaleźć się w świecie bez wiary w sacrum, której mu zabrakło. Drugi w porę dostrzegł, co jest najważniejsze i to go ocaliło. W każdym z nas jest coś z nich obu – i tylko my wiemy, co ma dla nas prawdziwą, ocalającą wartość. Zetknięcie z takimi bohaterami może być pierwszym sygnałem alarmowym, by się nad tym zastanowić.