Baśnie opowiedziane piosenką. Koncert Baśni Zebranych w Teatrze Szczęście [recenzja]

Wyobraźcie sobie polanę ukrytą w starym lesie. Drogę wśród krzewów dzikich róż, starą studnię. Wyobraźcie sobie wędrówkę gwiazd obserwowaną przez miejscową znachorkę i historie snute przy świetle księżyca, gdy ogień w palenisku dogasa powoli. Wsłuchajcie się w wiatr świszczący za oknem. Jeśli uda Wam się wyczarować w swojej wyobraźni te widoki i dźwięki, będziecie mogli mniej więcej poczuć, czym są Baśnie Zebrane.

Zespół tworzy czworo muzyków. Jego liderką jest Beata Urszula Buszta, dziewczyna o przepięknym, jasnym głosie, harfiarka i autorka ogólnej koncepcji zespołu. Wspomaga ją trzech panów: Michał Koziełło (cytra, flet, gitara), Tomasz Jaworski (gitara basowa) i Tomasz Kara-Sajek, który gra na wielu instrumentach, z których tuba nie jest dla mnie tym najdziwniejszym. Na każdym zresztą gra równie dobrze. Wszyscy są serdecznymi ludźmi, do których natychmiast odczuwa się sympatię. Jest jeszcze dwóch wspaniałych autorów, którzy piosenkom Baśni dają słowa: Adam Beret Mańczuk, tekściarz w spoczynku i Mateusz Świstak, tekściarz na posterunku, też zresztą zanurzony w świecie baśni bez końca (www.basnienawarsztacie.pl).

26 listopada w Teatrze Szczęście po raz pierwszy usłyszałam tę grupę na żywo w pełnym koncercie. Baśnie Zebrane czynią magię słowem i muzyką, przyciszonym głosem snując swoje piosenkowe opowieści. Nie ma tutaj przaśnego przytupu, choć można by doszukać się echa wiejskiej piosenki. Nie ma głośnej perkusji, gitary elektrycznej i innych muzycznych cudów technologii. Jest za to harfa celtycka i cytra, tuba, gitara, flet i inne instrumenty o urzekającym brzmieniu i nazwach, których nie potrafię przytoczyć z pamięci.

Charakterem chyba najbliżej Baśniom do Krainy Łagodności, ale bogactwo i niepowtarzalność ich stylu nie są łatwe do zaklasyfikowania. Trudno wepchnąć Baśnie Zebrane w jedną ramkę, ale też nie ma takiej potrzeby. Choć jeśli już upierać się przy kategorii, to być może piosenka autorska byłaby najlepszym odzwierciedleniem stylistyki zespołu.

Muzyka Baśni Zebranych jest hipnotyczna. Teksty współgrają z aranżacjami przenoszącymi słuchacza w czas dzieciństwa, kiedy opowieść stawała się ciałem w naszej wyobraźni. Leśne boginki, magiczne studnie, raźny krok Szewczyka Dratewki – to wszystko bardzo pobudza szare komórki do pracy i pozwala się oderwać od pędu dnia codziennego. Ta ostatnia historia była zresztą debiutem scenicznym tuby, na której z zaangażowaniem zagrał Tomek Sajek. Baśnie Zebrane uciszają serca i rozpalają umysły. Przy tej muzyce można odpłynąć, a nawet trzeba. Należy dać się ponieść nurtowi baśniowej rzeki.

Jest to muzyka niełatwa. Nie nada się jako przerywnik pod piwko i przekąski. Trzeba słuchać jej świadomie, by móc wydobyć całe jej piękno. Bo jest to muzyka piękna, ale wymagająca uwagi słuchacza. Jeśli jednak da się jej szansę, czaruje bez końca. Już nagrania potrafią wprawić w hipnotyczny trans (sprawdźcie tutaj: https://soundcloud.com/basniezebrane). Na żywo zatopienie się w muzyce Baśni Zebranych jest nieuniknione. Czego i Wam życzę.

Tyle ode mnie. Więcej słów wydaje mi się tutaj zbędnych. Zachęcam do posłuchania tego, co oferują Wam Baśnie Zebrane i do zapoznania się bliżej z zespołem we własnym zakresie. Więcej informacji znajdziecie na stronie Baśni na Facebooku: www.facebook.com/basniezebrane.

Poeci piosenki [cz. 1]: Andrzej Poniedzielski

Piosenka wraca do mnie często, w różnej formie. Najczęściej jednak powracają do mnie poetyckie teksty polskich autorów. Wielu z nich cechuje surowa technika wykonania, nie pozbawiona jednak pewnego uroku. Wielu z nich pozwala swoim słowom płynąć przez usta innych wykonawców. W cyklu Poeci piosenki chciałabym opowiedzieć o twórcach takich piosenek z duszą. Jest kilka takich osób, których teksty są dla mnie nieustanną ucztą intelektualną, pełną bogatych smaków. Czasem wzruszają, czasem bawią, zawsze poruszają. Jednym z takich autorów jest Andrzej Poniedzielski.

Bawitko

Nie będę streszczać biografii pana Andrzeja, ani pisać o jego licznych osiągnięciach. To wszystko z łatwością znajdziecie w sieci. Skupię się na tym, co mnie w jego twórczości porusza, co mnie do niej przyciąga. Przede wszystkim zapoznanie się z przekrojem jego działalności twórczej odsłania przed nami pełną cieplej ironii wrażliwość na człowieka ze wszystkimi jego słabostkami. Nie ma w tych tekstach cwaniactwa i sprytu, który cechuje bohaterów np. Wojciecha Młynarskiego. Dużo jest za to pokory wobec świata, ale mądrej, wynikającej z usytuowania jednostki względem wszechświata. Krytyka Andrzeja Poniedzielskiego nie jest ostra, zawiera sporą dozę pobłażliwości i zrozumienia, co widać choćby w piosence Bawitko:

Oj, nieładnie, człowieku, nieładnie,
Oj, nieładnie, człowieku, brzydko.
Ty się całe życie tylko bawisz,
Czasem sobie zmieniasz bawitko,
Czasem sobie zmieniasz bawitko.

Wywar z przywar

Miłość też nie jest w tych utworach doskonała. Ma kanciaste krawędzie, czasem jest trudna i zaborcza, bywa zabawką w ludzkich rękach, ale może też być „wywarem z przywar”: sumą błędów i potknięć, które razem tworzą wcale nie najgorszą całość. Minus i minus dają razem plus. Może to równanie działa podobnie także w przypadku związków?

Każde z nas to wywar z przywar
Poetycka recydywa
Każde z nas – czarny las, ciemna toń

[…]
Małą część naszych przejść tego co się nam zdarzyło
Inni ludzie uważają już za miłość

To jeszcze nie koniec

Dynamika muzyczna tych utworów sugeruje ciemne tony, minorowego barda w czarnym sweterku. W zasadzie jednak, choć bywa, że pan Andrzej występuje w ciemnym golfie, zdążył już przyzwyczaić swoją publiczność do uśmiechu w kąciku ust. Często jest to smutny uśmiech, być może oznaczający rezygnację, choć ja wolę sądzić, że jednak nadzieję. To nadziei trzeba nam na co dzień, choćby nawet najsłabszej. Jednym z miejsc, w których możemy ja znaleźć, jest twórczość Andrzeja Poniedzielskiego, np. utwór To jeszcze nie koniec.

Nie, to jeszcze nie koniec, jeszcze trochę pożyjesz.
Założysz jeszcze niejedną czapkę, niejednym się płaszczem okryjesz.

Elegancka piosenka o szczęściu

Teksty pana Andrzeja pokazują również, że najczęściej szczęście to wybór. Dostrzeganie prostych rzeczy, małych-wielkich punktów w życiu, nowych szans. To przekorne nucenie „la la la” nawet w nie do końca wesołej sytuacji oraz odkrywanie codzienności dla siebie i swoich bliskich. I zrozumienie, że dobrze jest jednak polubić to, co się ma, nawet jeśli wydaje nam się, że to niewiele.

La La La
La La La
Ta piosenka to piosenka całkiem zła
To piosenka, która mówi
Jak się nie ma, co się lubi
To nie lubi się i tego, co się ma

Maleńka, nie wolno się żegnać w ten sposób

Na zakończenie przypominam utwór Leonarda Cohena, w tłumaczeniu Macieja Zembatego, w interpretacji Andrzeja Poniedzielskiego: Maleńka, nie wolno się żegnać w ten sposób. Jednej z najprostszych i najpiękniejszych, jakie znam. To wykonanie potwierdza wrażliwość interpretatora na słowo, nie tylko własne, ale także pochodzące z innej wrażliwości, z innego kręgu kulturowego, od innego poety piosenki. To także dowód na to, że poezja i muzyka, tworzące piosenkę, mogą być wartościami uniwersalnymi.

Polecam wspaniały koncert z piosenkami Andrzeja Poniedzielskiego, Wywar z przywar, który został zorganizowany przez Fundację Piosenkarnia. Znajdziecie go tutaj.

Anegdota o istnieniu według Haliny Poświatowskiej i Janusza Radka. O płycie “Kim ty jesteś dla mnie”

Mój ulubiony wiersz Haliny Poświatowskiej to ten zaczynający się od słów “kto potrafi / pomiędzy miłość i śmierć / wpleść anegdotę o istnieniu”. Jest prosty, a tyle w nim znaczeń. Nie tylko miłość, nie tylko śmierć, ale też cała gama barw anegdot o istnieniu: jasnych, ciemnych, rozmytych, nasyconych, szkarłatnych zmierzchów i bladych poranków. Cichych, ale wyraźnych zaprzeczeń i zezwoleń, ich jedności. Taka jest też dla mnie płyta “Kim ty jesteś dla mnie”.

Brzęczenie słów

Twórczość Poświatowskiej inspirowała większość moich wierszy sprzed lat. Nadal mnie ona kształtuje. Dotyka mnie wrażliwość Haliny. I bardzo lubię jej słowa ubrane w skrojoną na miarę muzykę. Bardzo czekałam na tę płytę. “Nasłuchuję brzęczenia słów”, pisała Halina. Z całego serca dziękuję Januszowi Radkowi za to, że nie zagłuszył tego brzęczenia zbędnymi dźwiękami.  Że nasycił słowa melodią, że odnalazł ich prostotę i głębię. Słuchając tej płyty czuję się otulona dźwiękami.

Tęczowa chwila

Starałam się nie czytać innych recenzji, zanim nie napiszę swojej. Nie chciałam się przez przypadek zasugerować czyimś zdaniem. Nie potrafiłam jednak od razu spisać swoich wrażeń – nie mogłam tego zrobić nie skupiając się całkowicie na słuchaniu. Jednak odkąd dostałam upragnioną przesyłkę, zresztą z piękną dedykacją, płyta właściwie nie opuszczała mojego odtwarzacza. Towarzyszyła mi przy różnych czynnościach, stanowiąc tło mojej codzienności. Takie przesłuchiwanie budziło we mnie ciągły niedosyt, więc wreszcie wygospodarowałam w swoim czasie odpowiednią chwilę, by móc się zanurzyć tylko w niej. I była to “chwila roztrącona na teczę”. Tak trzeba słuchać tej muzyki: w skupieniu. To jest płyta, której należy poświęcić swoje tu i teraz, by odkryć całe jej bogactwo. .

Pomiędzy

Bo między początkiem a końcem tej chwili oddychałam pięknem. Nie potrafię nawet ubrać w słowa tych moich zdecydowanie nieuczesanych myśli. To jest płyta, na którą czekałam, ale której się także obawiałam. Czy trafi w mój gust? Czy zaakceptuję elektronikę w takim natężeniu, w takim repertuarze? Czy będę wracać do tej płyty, czy odstawię ją na półkę? Czy to nadal będzie Janusz Radek, którego cenię i przyjmuję w niemal każdej postaci tak samo entuzjastycznie? Nie przeszkadza mi żonglowanie muzycznymi “maskami”, doceniam trud włożony w zmiany i eksperymenty. Jednak byłam odrobinę sceptyczna wobec licznych chórów i zagęszczenia rytmów. Niepotrzebnie. Muzyka artysty stopiła się ze słowem poetki, wydobywając jego pełne brzmienie. Adam Drzewiecki ożenił dźwięki, których nigdy bym sama nie połączyła i okazuje się, że stworzył naprawdę udany związek. Harmonijny.

Tekst zaczyna się robić pompatyczny, ale ja po prostu mogę jedynie wyznać swoją głęboką miłość dla tej płyty. Jest wspaniała. Pełna.

Z upływającej wody

Wszyscy jesteśmy “z upływającej wody”. Przemijanie jest w nas wpisane. Cenię w Halinie umiejętność bycia w chwili. Czerpania z niej. Każdy utwór na płycie “Kim ty jesteś dla mnie” to hołd złożony życiu, w każdym jego przejawie. To jego umiłowanie na dobre i na złe. Nie potrafię wskazać jednej, a nawet kilku piosenek, żadnej z nich nie potrafię wyróżnić. Są dla mnie jednym, pulsującym ciepłem. Słodko-cierpką anegdotą o istnieniu.

Myślę, że ta spójność dotyczy też poezji Poświatowskiej. Pragnienie pełnego przeżycia chwili jest uniwersalnym przesłaniem obydwu tych światów. Pragnieniem metafizycznym, wspólnym wszystkim czasom, wszystkim ludziom wrażliwym na piękno i jego ulotność.

Bije z tych nagrań subtelny optymizm, radość istnienia. Może przede wszystkim nadzieja. Te piosenki dają poczucie bezpieczeństwa, jakiejś pewności, że może jednak to “pomiędzy”  jest istotą wszystkich rzeczy. Wszystko płynie. Jeśli nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki, trzeba nabrać tyle wody, ile zdołamy zmieścić w naszych dłoniach. Nawet, jeśli przecieknie nam przez palce, kilka kropel przecież doniesiemy do ust. Poświatowska według Radka to takie ocalałe krople.

W zmrużonych oczach

Całości dopełnia szata graficzna “Kim ty jesteś dla mnie”. Rozmyte sylwetki, niewyraźne kadry, prosta czcionka. Błękit, róż i czarno-białe fotografie. Portret wykonawcy i nieskomplikowane grafiki, domykające uniwersum tej płyty kilkoma barwami. Nie do końca, bo w tle zawsze pozostaje rąbek nieuchylonej tajemnicy. Jak to u Poświatowskiej. I Janusza Radka. Dziękuję za Halinę.

O PŁYCIE

POŚWIATOWSKA / RADEK – KIM TY JESTEŚ DLA MNIE

Słowa: Halina Poświatowska

Kompozycje, aranżacje, produkcja, wokal, chóry, fortepian, klawisze: Janusz Radek

Realizacja nagrań, produkcja, programowanie, fortepian, syntezatory: Adam Drzewiecki

Producent wykonawczy, manager: Olga Jakubiec

Design, projekty graficzne: Paweł Stelmach