Kraina Grechuta. „Szczęśliwe Piosenki Marka Grechuty” w Teatrze Szczęście

Obejrzane i wysłuchane 26.10.2017 r. o 20:00.

26 października w Teatrze Szczęście Andrzej Talkowski zabrał widzów do świata „Szczęśliwych Piosenek Marka Grechuty”. Trzeci dzień Grechuta Festival 2017 zapisze się w mojej pamięci jako niezwykła podróż przez krainę wrażliwości – tak, wrażliwości właśnie, mimo że automatycznie nasuwałoby się tutaj słowo „łagodność”. Jednak choć każdy utwór Marka Grechuty niesie w sobie radość trwania w chwili, sięgania poza rzeczywistość, to nie każdy z nich traktuje słuchacza łagodnie. Czasem pojawiają się ciemniejsze tony. Wszystkie natomiast cechuje wrażliwość na człowieka. Taka jest właśnie wyczarowana tego wieczoru Kraina Grechuta, po której oprowadzał nas Andrzej Talkowski.

W Krainie Grechuta pejzaż płynie, krajobraz przenika krajobraz, widok zaciera się i blednie w oddali, ledwie zarysowując mijane drzewo, głaz czy strumień, by po chwili odsłonić nagle kolejny pagórek, łąkę, jasną polanę. Wszystko to utkane dźwiękiem i słowem. A mijane obrazy są tak piękne, tak intrygujące, że warto przejść tą samą ścieżką jeszcze wiele razy, byle tylko odkryć jakiś dodatkowy szczegół. Zatem i my ruszmy w tę drogę raz jeszcze.

Kolorowe, piękne bajki

Pierwszy przystanek to przytulny zakątek, który na pewno najpiękniej wygląda w łagodnym świetle dogasającego dnia. „Śpij, bajki śnij” śpiewała Beata Urszula Buszta, zapraszając do wspólnej podróży. Nie zliczę, jak wiele razy mówiłam, że to wykonanie było przepiękne. Chętnie to powtórzę. Było przepiękne. Wyśpiewane niemal szeptem słowa, dźwięk harfy i dyskretne smyczki w tle. Jak spełniony na jedną chwilę sen. I jak zaproszenie do snu. Musimy jednak ruszać dalej, bo oto już przed nami kolejny punkt w drodze.

To mogłoby być „Gdziekolwiek”, ale z Katarzyną Chlebny trafiliśmy za zakrętem na ten park z kasztanowcami. Tuż obok ktoś zastukał do drzwi niewielkiego domku. Przez okno, zza koronkowej firanki, widać było biblioteczkę, drewniany stół i filiżanki z herbatą. Głos Kasi oprowadził nas po wszystkich kątach tego miejsca. Podążaliśmy za nim chętnie, słuchając jej opowieści z przyjemnością, aż dotarliśmy do dziwnego ogrodu.

Choć wokół nas była złota jesień, to w tym ogrodzie było inaczej. Piąta pora roku rozgościła się tam na dobre, a była każdą z pór roku równocześnie i żadną z nich przy okazji. Mimo wszystko była w niej harmonia. Kinga Soból nie była tym zdziwiona, choć śpiewając „Odkąd jesteś” dokonała radosnego odkrycia, którym podzieliła się ze słuchaczami. Przyjęliśmy podarunek z wdzięcznością ruszając w dalszą drogę, bo wprost nie mogliśmy się doczekać następnych odkryć w tej podróży.

A na kolejnej stacji czekał już Aleksander Talkowski, który opowiedział nam pewną historię. „Żył raz królewicz” – tak zaczyna się wiele baśni. Ale ta była wyjątkowa, bo wyjątkowo opowiedziana: czystym, pełnym głosem i własną, muzyczną interpretacją. W tle majaczyły zamki na skałach, gdzieś nawet nad głową przeleciał smok czy dwa. Ale nie zwracaliśmy na nie uwagi, zasłuchani w dźwięki.

Kiedy ta zachęcająca do waleczności serca opowieść dobiegła końca, za murem zobaczyliśmy drzewka cytrusowe. „Pomarańcze i mandarynki”, utrwalone w zmysłowym obrazku wiersza Juliana Tuwima, pozbierał dla nas Piotr Turowski i rozdał nam je na drogę. Trochę jakby nieśmiało, ale z pewną gracją, perląc zdania. Całe kolie zdań.

Ruszamy w nieznane

Podziękowaliśmy i poszliśmy dalej drogą, która wiodła do „Dni, których nie znamy”. Pejzaż zmieniał się, pojawiło się trochę cienistych alejek. Tutaj krajobraz był nieco rozmyty mgłą, ale wyczuwało się za nią dobro. Piotr Plewa oprowadził nas po tym, radosnym w gruncie rzeczy, oczekiwaniu na nieznane swoją ekspresją i wrażliwością.

Dobrze było o tym pamiętać, bo tuż, tuż obok nas wołała nas już Marta Honzatko, aby opowiedzieć nam o tym, co naprawdę warto „Ocalić od zapomnienia”. Delikatnie rozsuwając zasłony z pajęczyn wspomnień, odkrywała kolejne ukryte ścieżki. Wszystkie prowadziły prosto do celu. Trzeba było jedynie znaleźć te prowadzące do naszego. Nie było to muzeum wspomnień, ale ich galeria, żywa, wciąż pulsująca życiem ocalanym od niepamięci, zapuszczająca korzenie w sercach i umysłach i wyrastająca kolorem, zapachem, dotykiem.

Przez tajemnicze odrzwia zawieszone w przestrzeni przeszliśmy do nieco innego miejsca. Kosmiczne opowieści Witkacego, rozgrywające się „Nad zrębem planety”, odsłoniły przed nami monumentalne pejzaże, ale trafił się tam i stolik z kuflem piwa. Maciej Półtorak poprowadził nas zręcznie między unieskończonionymi słowami, mijając wyboje. Trochę nas rozweseliło to spotkanie, więc dalej ruszyliśmy z lekkim uśmiechem.

Gdy już opuściliśmy ten cokolwiek kosmiczny teren, przed nami pojawił się płynący z wolna strumyk. Nad nim Beata Buszta srebrzyła na harfie melodię, która układała się w opowieść o tym, jak „Płynie, płynie woda”. A nad tą wodą można było ujrzeć prawdę o sobie. I my również się przejrzeliśmy w łagodnie płynącej rzeczce. Była kryształowo czysty, jak głos naszej przydrożnej bajarki, więc przy okazji ugasiliśmy pragnienie piękna, także pragnienie nadziei.

I bardzo dobrze, bo trzeba było iść dalej a za łukiem strumienia zrobiło się trochę burzowo. Marta Honzatko, we wspaniałym, pełnym ekspresji wykonaniu wołała „Zabij ten lęk”, prowadząc nas w półmroku. Każdy z nas ma jakiś lęk do zduszenia, jakąś słabość do pokonania, ale dzięki Marcie ta droga nie była taka straszna. Pokonaliśmy ją, rozpraszając mrok światłem nałapanym po drodze do naszych latarenek, które strzegły nas od strzyg i upiorów.

Potem jeszcze tylko kilka pagórków z Maćkiem Półtorakiem i jego nasyconą, emocjonalną interpretacją utworu „Człowiek spotęgowany człowiekiem”. I już wiedzieliśmy, że „to sztuka przywróci nam zdolność i lotu, i mocy”. Z nową mocą pokonaliśmy więc pozostałą nierówną przestrzeń.

A za tym pagórkowatym terenem czekała już na nas, także niezbyt prosta, ale na pewno warta zachodu droga do „Wolności”, po której szliśmy razem z Piotrem Plewą. Właściwie to ta droga już była wolnością, bo szliśmy po niej z własnego wyboru, po prostu chcieliśmy nią iść nawet, jeśli musielibyśmy podjąć przy tym szereg trudnych decyzji. Tutaj złapaliśmy potężny haust świeżego powietrza. Wolność dała nam oddech.

Lekko na palcach

Na horyzoncie zamajaczył zielony zagajnik, więc postanowiliśmy go odwiedzić. W samym jego środku, w pełnym słońcu, na środku jasnej polany, przywitała nas Joanna Pocica, śpiewną opowieścią o tym, co się dzieje, „Gdy dzieci tańczą”. Sami mieliśmy ochotę odtańczyć tego walca, tak sugestywne było to wykonanie, odkrywające dziecięcą radość życia. Gdzieś nad nami przeleciał Cichy Anioł, zupełnie jak w spektaklu Andrzeja Talkowskiego. Na pewno. Piękna interpretacja pięknego utworu. Błogie westchnienia wracały do nas muzycznym echem.

Z trudem udało nam się opuścić ten uroczy zakątek, ale zaraz za nim wyłoniło się niewielkie jezioro, przy którym spotkaliśmy ponownie Aleksandra Talkowskiego. W imieniu dzieci, także tych, którymi byliśmy w przeszłości, apelował: „Zostawcie nam”: zostawcie nam niezniszczony świat. Gdyby tylko przyszłe pokolenia mogły doświadczyć takich wspaniałości, jakie widzieliśmy w tym miejscu: czyste jezioro, świeże powietrze, zieleń drzew, przechodząca już w jesienne czerwienie i żółcie. Prosta radość wysłuchania ładnej piosenki. Ech.

Nasza podróż po Krainie Grechuta dobiegała końca. Na przedostatnim przystanku czekała na nas Beata Buszta. To było w tej przestronnej altance, obrośniętej kwitnącymi różami. Pamiętacie? Być może podróż po tej krainie nauczyła nas tego, co powinniśmy robić, aby na koniec naszego życia można było o nas powiedzieć „Żyli długo i szczęśliwie”. Nie daliśmy się zwątpieniu, choć czasami było niełatwo utrzymać rozsądny poziom szczęśliwości. Ale o tym opowiedział nam już sam Marek.

Bo On był tam z nami. Był z nami w tej podróży. Ostatni przystanek to nostalgiczny, zacieniony skwer, z pomnikami historii. „Pieśń kronika” wybrzmiała w wykonaniu samego Marka Grechuty. Oprowadził nas po tych zakamarkach historii i tradycji Jego głos, i Jego dusza. Tęskno nam się zrobiło, bo nie mogliśmy go dotknąć inaczej, jak tylko umysłem, zobaczyć inaczej niż oczami wyobraźni. Ale był tam, na pewno tam był. Czuliśmy to wszyscy.

Muzyczne post scriptum

Artyści, opuszczając tę cudowną krainę, pełną dziwów i zakamarków, radosnym „Korowodem” przemierzyli czas i przestrzeń, a nasz senny krajobraz wciąż jeszcze majaczył w oddali, gdy trzeba było wyjść do tego świata. Powrót do rzeczywistości umiliły nieco rozdawane na końcu kwiaty.

Wspaniale było podróżować po tej krainie wrażliwości. Tym bardziej, że towarzyszyli nam znakomici muzycy, którzy współtworzyli te wszystkie cudowne pejzaże magią dźwięku. Michał Półtorak wyczarowywał całe krajobrazy skrzypcami. Paweł Pierzchała zaklinał dźwięki pianina. Jakub Gucik hipnotyzował wiolonczelą. Paweł Kuźmicz czarował gitarą basową. Ponadto Beata Buszta cudnie grała na harfie i na gitarze, a perskusjonaliami władał zręcznie Maciej Półtorak i Aleksander Talkowski.

Jakie to szczęście, że Kraina Grechuta jest wolna od turystów. Te wszystkie piękne pejzaże potrzebują bowiem uważności i uwrażliwienia. Nie można tak po prostu wtłoczyć ich w ramy, postawić na piedestale i wystawić na bezrefleksyjną konsumpcję. Dlatego cieszę się, że odkrył ją dla nas właśnie Andrzej Talkowski, który potrafił nas tak zręcznie poprowadzić między kolejnymi widokami, użyczając nam nieco własnej wrażliwości, byśmy mogli w tę podróż wyruszyć razem. Było po prostu pięknie.

 

 

Wielkanoc sto lat temu, czyli kilka świątecznych propozycji czytelniczych

Zbliżają się Święta Wielkanocne. Z tej okazji życzę Wam, abyście zawsze mogli znaleźć wolną chwilę na rozwój osobisty, lekturę interesującej książki, czy artykułu prasowego oraz rozmowy z bliskimi Wam osobami.

Dołączam także kilka artykułów dotyczących Wielkanocy sprzed stu i więcej lat.

Koszarowe Alleluja: Tomasz Stańczyk, Wielkanoc żołnierzy Legionów

Wielkanoc 1916 roku zastała żołnierzy na frontach I wojny światowej. Józef Piłsudski spędzał święta m.in. w Krakowie, gdzie brał udział w święconym dla legionistów, którego organizacją zajmowała się Liga Kobiet. Spotkanie to odbywało się w sali Sokoła i wzięło w nim udział tysiąc osób.

Legioniści, którzy w tym czasie przebywali na Wołyniu, mimo polowych warunków, przygotowali najwystawniejsze świętowanie, na jakie mogli sobie pozwolić. Zrobiono nawet Grób Pański, z figurą Chrystusa, uszykowaną naprędce z płaszcza. Ksiądz Kazimierz Nowina-Konopka zorganizował bitwę na jajka i zabawy w stylu krakowskiego odpustu, Emaus.

Więcej na ten temat przeczytacie w artykule Tomasza Stańczyka, Wielkanoc żołnierzy Legionów, na stronie Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku.

Najdroższe jaja świata: Katarzyna Grzemska, Historia wielkanocnych jaj Fabergé

Są takie jajka, które stanowią obiekt pożądania nie tylko kucharzy i miłośników jajecznicy, ale i zapalczywych kolekcjonerów rzeczy pięknych. To oczywiście jajka Fabergé, produkowane w pojedynczych egzemplarzach z emaliowanego złota, drogich kamieni i innych cennych drobiazgów.

Według dokumentacji sporządzanej przez twórców, do wybuchu rewolucji w Rosji w 1917 roku, powstały 54 jajka, tworzone głównie na zamówienie dworu carskiego. Wykonywał je zakład złotniczy, którego właścicielem był pochodzący z Francji Peter Carle Fabergé.  Pierwsze z nich powstało w 1885 roku, jako prezent z okazji 20. rocznicy zaręczyn Aleksandra III Romanowa z Marią Fiodorowną i było wzorowane na jajku z dworu duńskiego, zawierającym tzw. niespodziankę.

Więcej szczegółów na temat tych drogocennych „pisanek” znajdziecie w artykule Katarzyny Grzemskiej, Historia wielkanocnych jaj Fabergé, na stronie Rynek i sztuka.

Wojenny Kraków: Ze świąt w IKC

„Cicho i spokojnie przeszły tegoroczne trzecie z kolei święta wielkanocne” – pisał Ilustrowany Kuryer Codzienny, 11 kwietnia 1917 roku. Poza trudnościami z zastawieniem świątecznego stołu, zapewne przez ograniczenia aprowizacyjne I wojny światowej, Krakowianom nie dopisywała pogoda – było deszczowo, a nawet i śnieżnie. Mimo to wyruszono na Emaus, choć bez zbytniego entuzjazmu. Pełną notatkę znajdziecie na stronie 100lattemu.pl.

Tuż przed Wielkanocą IKC przytaczał zaś pismo inspektoratu stacji klimatycznej w Zakopanem, w którym odradzano przybycie do Zakopanego, ze względu na „niedomagania aprowizacyjne”. Całość znajdziecie także na wspomnianej wyżej stronie.

 

Pocztówkowy szał  retro: Pocztówka wielkanocna

To właściwie galeria zdjęć, a nie artykuł, ale warto do niej zajrzeć. Galeria zbiera stare pocztówki wielkanocne od początku XX wieku, z różnych rejonów Polski. Można sobie więc prześledzić pocztówkową modę przez dziesięciolecia. Są tam jajka w motocyklach, zające, pary składające sobie życzenia, rysunki satyryczne… Polecam – może zainspiruje Was do tworzenia własnych kartek?

Galerię ze zbiorami Białostockiego Muzeum Wsi, Pocztówka wielkanocna, znajdziecie na stronach Gazety Wyborczej.

I to tyle przedświątecznie. Udanego świętowania. Odpocznijcie. Wesołego Alleluja!

 

 

 

 

 

Kraków pod palmami

Zbliża się kolejna Niedziela Palmowa. W tradycji chrześcijańskiej palma jest symbolem nie tylko radości, ale i męczeństwa. Dodatkowa symbolika tradycyjnych, kolorowych palm kryje się w ich częściach składowych: liściach, gałązkach i kwiatach, których użyto do ich wykonania.

Zdaje się jednak, że liście prawdziwego drzewa palmowego oznaczały coś jeszcze: egzotykę, luksus, dobrobyt. Nie znalazłam żadnego tekstu na ten temat, więc pozostawiam tę sprawę, jako serię otwartych domysłów. W dawnej prasie Krakowa (np. w Ilustrowanym Kuryerze Codziennym) natrafiałam na ogłoszenia wytwórców sztucznych palm, możliwe więc, że mieszczanie, aspirujący do klasy wyższej, zaopatrywali się w takowe, by podnieść prestiż własnych mieszkań.

Wiem, że w warszawskiej Adrii palmy stanowiły element wystroju wnętrza. Wiem również, że pojawiały się w różnych miejscach Krakowa, bo widuję je na starych fotografiach. Nie wiem, kiedy zostały sprowadzone do królewskiego miasta w Galicji, ale w krakowskim Ogrodzie Botanicznym znajduje się najstarszy daktylowiec w Europie. Ma już ponad 150 lat, 14 metrów wysokości i wciąż rośnie. Zaplanowano dla niego powiększenie szklarni, obecne warunki nie pozwalają mu na bezpieczny rozrost, a odwiedzającym na przyjrzenie mu się z bliska. Więcej na ten temat znajdziecie np. tutaj.

O tym, że palmy istniały w krakowskim krajobrazie jeszcze przed II wojną światową świadczy choćby fotografia z 1936 roku, przedstawiająca niewielki skwerek na ul. Wielopole. Zdjęcie zrobiono spod Pałacu Prasy. Znajdują się na nim trzy palmy w drewnianych donicach. Ubiór osób złapanych w kadrze świadczy o tym, że była to jakaś w miarę ciepła pora roku, może wiosna. Nie wiadomo, jak palmy zniosły chłodniejsze temperatury. Ponoć dobrze opatulone potrafią przetrwać zimę nawet na dworze. Zdjęcie pochodzi z archiwum Ilustrowanego Kuryera Codziennego i wzbudziło wśród internautów takie zainteresowanie, że po wpisaniu w wyszukiwarkę frazy „palmy w Krakowie” znajdziecie je wielokrotnie przekopiowane na różnych stronach. Ponoć po raz pierwszy opublikował je fanapage Kraków – ciekawostki, tajemnice, stare zdjęcia.

Poszukując obecności palm w Krakowie trafiłam także na sklep kolonialny „Pod Palmą”, należący do Antoniego Hawełki. Założony został w 1876 roku, najpierw pod numerem 41 na Rynku Głównym, potem w Pałacu Pod Krzysztofory. W tym pierwszym lokalu właściciel oferował zagraniczne wina, bakalie, owoce południowe, wyśmienite wędliny i inne rarytasy. Po przeniesieniu sklepu na piętrze powstała sala śniadaniowa, oferująca piętrowe kanapki. Zakupy u Hawełki były w dobrym tonie. Pakowano je w papier, przewiązywano sznureczkiem, który zakończony był kolorowym kołkiem, ułatwiającym noszenie (ponoć służył także do zaczepienia w dziurce od guzika np. w płaszczu). Po śmierci właściciela lokal przejął jego subiekt, Franciszek Macharski. Restauracja „U Hawełki” działa po dziś dzień. Tu zdecydowanie palma w nazwie oznaczała luksus, i to jaki! (Więcej na ten temat przeczytacie tutaj, tutaj i tutaj.)

I jeszcze dwa obrazki literackie palmy, związane z Krakowem osobą Boya-Żeleńskiego. Pierwszy to drobiazg w Słówkach, konkretnie wzmianka o „tańczących palmach” w wierszu O bardzo niegrzecznej literaturze polskiej i jej strapionej ciotce:

Tak się trapi dobra ciotka,
Pełna gracji, zacna, słodka,
Lecz największą ma subiekcję,
Gdy rozpocznie z Józiem lekcję.
Dojdżże ładu z taką głową:
Zawsze ma ostatnie słowo!
Ciotka prawi o Trzech psalmach,
Józio o „tańczących palmach” ;

Jak pisze sam autor w odnośnikach do wiersza [w wydaniu Słówek z Zakładu Ossolińskich z 1988 roku), „tańcząca palma” to skojarzenie z Dytyrambami dionizyjskimi Nietzschego i utworem Pośród cór pustyni, w którym palma została porównana do tancerki, stojącej na jednej nodze.

Drugi to wiersz Franciszka Mirandoli, zatytułowany po prostu Palma, w którym palma staje się symbolem tęsknoty i oczekiwania:

Beztreściwa pustynio! twoje wyschłe łono
Wydało wielkie palmy, gdzie trawy nie rosną,
Gdzie wiater kwiatów bladych nie zaniesie wiosną;
Wystrzeliła pod niebo zieloną koroną
Tęsknota, córa pustyń, widoczna z daleka
Jak sztandar opuszczony — i czeka, i czeka.

Jak widać Mirandola również sięgał do symboliki Nietzschego, używając określenia „córa pustyń”. Wiersz został umieszczony przez Tadeusza Żeleńskiego w redagowanej przez niego antologii poezji Młodej Polski.

To krótkie zestawienie pokazuje, że krakowska palma (i nie tylko krakowska) ma wiele znaczeń, nie tylko to biblijne. A co oznacza dla Was?