Kraków pod palmami

Zbliża się kolejna Niedziela Palmowa. W tradycji chrześcijańskiej palma jest symbolem nie tylko radości, ale i męczeństwa. Dodatkowa symbolika tradycyjnych, kolorowych palm kryje się w ich częściach składowych: liściach, gałązkach i kwiatach, których użyto do ich wykonania.

Zdaje się jednak, że liście prawdziwego drzewa palmowego oznaczały coś jeszcze: egzotykę, luksus, dobrobyt. Nie znalazłam żadnego tekstu na ten temat, więc pozostawiam tę sprawę, jako serię otwartych domysłów. W dawnej prasie Krakowa (np. w Ilustrowanym Kuryerze Codziennym) natrafiałam na ogłoszenia wytwórców sztucznych palm, możliwe więc, że mieszczanie, aspirujący do klasy wyższej, zaopatrywali się w takowe, by podnieść prestiż własnych mieszkań.

Wiem, że w warszawskiej Adrii palmy stanowiły element wystroju wnętrza. Wiem również, że pojawiały się w różnych miejscach Krakowa, bo widuję je na starych fotografiach. Nie wiem, kiedy zostały sprowadzone do królewskiego miasta w Galicji, ale w krakowskim Ogrodzie Botanicznym znajduje się najstarszy daktylowiec w Europie. Ma już ponad 150 lat, 14 metrów wysokości i wciąż rośnie. Zaplanowano dla niego powiększenie szklarni, obecne warunki nie pozwalają mu na bezpieczny rozrost, a odwiedzającym na przyjrzenie mu się z bliska. Więcej na ten temat znajdziecie np. tutaj.

O tym, że palmy istniały w krakowskim krajobrazie jeszcze przed II wojną światową świadczy choćby fotografia z 1936 roku, przedstawiająca niewielki skwerek na ul. Wielopole. Zdjęcie zrobiono spod Pałacu Prasy. Znajdują się na nim trzy palmy w drewnianych donicach. Ubiór osób złapanych w kadrze świadczy o tym, że była to jakaś w miarę ciepła pora roku, może wiosna. Nie wiadomo, jak palmy zniosły chłodniejsze temperatury. Ponoć dobrze opatulone potrafią przetrwać zimę nawet na dworze. Zdjęcie pochodzi z archiwum Ilustrowanego Kuryera Codziennego i wzbudziło wśród internautów takie zainteresowanie, że po wpisaniu w wyszukiwarkę frazy „palmy w Krakowie” znajdziecie je wielokrotnie przekopiowane na różnych stronach. Ponoć po raz pierwszy opublikował je fanapage Kraków – ciekawostki, tajemnice, stare zdjęcia.

Poszukując obecności palm w Krakowie trafiłam także na sklep kolonialny „Pod Palmą”, należący do Antoniego Hawełki. Założony został w 1876 roku, najpierw pod numerem 41 na Rynku Głównym, potem w Pałacu Pod Krzysztofory. W tym pierwszym lokalu właściciel oferował zagraniczne wina, bakalie, owoce południowe, wyśmienite wędliny i inne rarytasy. Po przeniesieniu sklepu na piętrze powstała sala śniadaniowa, oferująca piętrowe kanapki. Zakupy u Hawełki były w dobrym tonie. Pakowano je w papier, przewiązywano sznureczkiem, który zakończony był kolorowym kołkiem, ułatwiającym noszenie (ponoć służył także do zaczepienia w dziurce od guzika np. w płaszczu). Po śmierci właściciela lokal przejął jego subiekt, Franciszek Macharski. Restauracja „U Hawełki” działa po dziś dzień. Tu zdecydowanie palma w nazwie oznaczała luksus, i to jaki! (Więcej na ten temat przeczytacie tutaj, tutaj i tutaj.)

I jeszcze dwa obrazki literackie palmy, związane z Krakowem osobą Boya-Żeleńskiego. Pierwszy to drobiazg w Słówkach, konkretnie wzmianka o „tańczących palmach” w wierszu O bardzo niegrzecznej literaturze polskiej i jej strapionej ciotce:

Tak się trapi dobra ciotka,
Pełna gracji, zacna, słodka,
Lecz największą ma subiekcję,
Gdy rozpocznie z Józiem lekcję.
Dojdżże ładu z taką głową:
Zawsze ma ostatnie słowo!
Ciotka prawi o Trzech psalmach,
Józio o „tańczących palmach” ;

Jak pisze sam autor w odnośnikach do wiersza [w wydaniu Słówek z Zakładu Ossolińskich z 1988 roku), „tańcząca palma” to skojarzenie z Dytyrambami dionizyjskimi Nietzschego i utworem Pośród cór pustyni, w którym palma została porównana do tancerki, stojącej na jednej nodze.

Drugi to wiersz Franciszka Mirandoli, zatytułowany po prostu Palma, w którym palma staje się symbolem tęsknoty i oczekiwania:

Beztreściwa pustynio! twoje wyschłe łono
Wydało wielkie palmy, gdzie trawy nie rosną,
Gdzie wiater kwiatów bladych nie zaniesie wiosną;
Wystrzeliła pod niebo zieloną koroną
Tęsknota, córa pustyń, widoczna z daleka
Jak sztandar opuszczony — i czeka, i czeka.

Jak widać Mirandola również sięgał do symboliki Nietzschego, używając określenia „córa pustyń”. Wiersz został umieszczony przez Tadeusza Żeleńskiego w redagowanej przez niego antologii poezji Młodej Polski.

To krótkie zestawienie pokazuje, że krakowska palma (i nie tylko krakowska) ma wiele znaczeń, nie tylko to biblijne. A co oznacza dla Was?

Krakowski półświatek „Belle epoque”. Wrażenia po pierwszym odcinku serialu

Belle epoque, premiera 15.02.2017, 21.30, TVN


Zwiastun serialu Belle epoque na kanale You Tube Sirens konsultacje muzyczne & licencje autorskie.

Kraków przełomu XIX i XX wieku to fascynujące zjawisko: mały, osobny świat na porozbiorowej mapie Polski. Tkwiący między tradycją a nowoczesnością, konserwatyzmem a rewolucją, i nie określający się do końca po żadnej ze stron. Obok dawnych rodów szlacheckich na salonach brylowali miejscowi inteligenci, a zacne mieszczki podsuwały co bogatszym kawalerom swoje dorastające córki. By zdobyć wykształcenie jeżdżono do Lwowa i Wiednia, nie pomijając oczywiście rodzimej uczelni, Uniwersytetu Jagiellońskiego. Miasto huczało od plotek, nie tylko przez popełniane zbrodnie, ale i z dużo błahszych powodów. Kryminalistyka była w fazie raczkowania, a rażące błędy w przeprowadzanych śledztwach były na porządku dziennym.

Niemniej jednak była to barwna epoka. Piękna, jak chce jej francuskie określenie. Rozwijała się literatura i sztuki plastyczne, Teatr Miejski ściągał tłumy widzów, a kobiece „tualety” zachwycały kunsztownymi detalami. Panie w sukniach wieczorowych i panowie w smokingach chadzali na kolacje i uroczyste premiery. Na targach sprzedawano świeże, wiejskie towary, kolorowe kwiaty. Rozmawiano i śmiano się, nie patrząc w smartfony, tylko w oczy rozmówcy.

Do takiego Krakowa wraca bohater serialu Belle  epoque. Bardzo czekałam na tę serię. Trailer zapowiadał się bardzo dobrze. Każdy odcinek ma dotyczyć innej zbrodni. Jan Edigey-Korycki dekadę wcześniej musiał salwować się ucieczką po pojedynku. Teraz przyjeżdża, by pożegnać matkę, która została zamordowana przez nieznanego sprawcę. Rozwikłanie zagadki jej śmierci jest tematem pierwszego odcinka serialu..

Po tym pierwszym epizodzie czuję lekki niedosyt, jeśli chodzi o wątek kryminalny. Liczyłam na to, że zagadka śmierci matki głównego bohatera posłuży jako kanwa dla innych historii kryminalnych. To śledztwo zbyt szybko uwieńczył sukces, choć bohaterowi należałoby pogratulować intuicji detektywistycznej niczym u Sherlocka Holmesa. Niemniej jednak to właśnie przez tego ostatniego, zwłaszcza przez jego słynne wcielenie od BBC, spodziewałam się jednak bardziej skomplikowanej sprawy kryminalnej do rozwiązania.

Dużym plusem serialu są przepiękne zdjęcia, dopracowane kostiumy i charakteryzacja aktorów, którzy radzą sobie w tej epoce naprawdę nieźle. Dobrze zobaczyć Pawła Małaszyńskiego, grającego głównego bohatera, w  roli kostiumowej. Podoba mi się postać Eryka Lubosa. Ten aktor w każdej roli jest tak bardzo sobą, że to nadaje jego postaciom takiego szczególnego, „lubosowego” smaczku.  Pozytywnie zaskoczył mnie wspaniale ucharakteryzowany Olaf Lubaszenko, który wygląda niczym wcielenie umiłowanego Franciszka Józefa.

Na uwagę zasługuje także odmalowanie realiów krakowskiego półświatka. Wyjście poza ramy kawiarnianego życia do kasyn i burdeli, ciemnych zaułków i podejrzanych spelunek. Ogólnie odniosłam wrażenie, że twórcom udało się oddać charakterystyczną atmosferę tego minionego czasu, który dla bohaterów tej historii był czasem realnym, tu i teraz. Dorożki, carsko królewska policja, portrety Franza Josepha na ścianach, krynoliny, bicyklety, meloniki, proszone kolacje… Detale z przeszłości przeniesione na nasze ekrany. Brakuje mi jedynie językowych przypraw, kolorytu lokalnego tamtych lat, tamtejszego savoir-vivre’u.

Podoba mi się czołówka serialu i wykorzystanie w niej utworu muzycznego, Psycho Killer, zespołu Talking Heads. Co prawda użyte w ścieżce dźwiękowej współcześnie brzmiące utwory mogą się wydawać kontrowersyjnym elementem historyzującego serialu, jednak myślę, że dodają mu pewnej lekkości i takiego rockowego pazura.

Czekam na kolejne odcinki Belle epoque. Może nie z ekscytacją, ale na pewno z zainteresowaniem. Ciekawie zapowiada się wątek powracającej przeszłości głównego bohatera, zwłaszcza intrygująca postać damy w bieli, Magdaleny Cieleckiej. Ostatecznie warto obejrzeć chociaż kilka odcinków nawet dla samych zdjęć.

Więcej o serialu

Oficjalna strona serialu: belleepoque.tvn.pl

Dokąd prowadzi noc [opowiadanie]

Wychodząc w krakowską noc mijamy setki turystów, rozświetlone witryny sklepowe, w tle wyje karetka, dudnią tramwaje… Kobiety i mężczyźni w różnym wieku poruszają się bez celu, lub od pubu do baru, od dyskoteki do klubu nocnego, od knajpy do restauracji… A jak by to było w 1906 roku? Nie wiem, ale próbowałam to sobie wyobrazić.

Najpierw przyszło do mnie pierwsze zdanie: „Ruszyła w noc energicznym krokiem…”. Bywa. Zdania przychodzą i odchodzą. To zostało. I tak powstał ten tekst

Sergey Zolkin, Maszyna do pisania, (źródło: unsplash.com)
Sergey Zolkin (źródło: unsplash.com)

Ruszyła w noc energicznym krokiem zdecydowanej na wszystko kobiety. W głowie huczało jej od nadmiaru myśli.

‑ Wyjść za mąż! Też coś! – mruczała pod nosem. – Matka chyba postradała zmysły.

Fela nie miała zamiaru nikogo słuchać. Osiągnęła pełnoletniość i guzik ją obchodziły czyjekolwiek chore mrzonki o jej przyszłości. Zresztą ona bardzo dobrze wiedziała, czego chce. Na pewno nie tego, czego jej matka.

Podkute trzewiki rytmicznie uderzały o bruk. Stuk, stuk, stuk… Minęła Saski, nie zważając na gapiącego się na nią chłopca hotelowego. Patrzył zresztą bez wyraźnego zainteresowania, nie takie rzeczy widywał u hotelowych wrót. Zapóźnieni przechodnie dobijali się do bramy, chyba na Tomasza, ale słychać było jeszcze za hotelem.

Patrol nocnej straży przeczekała za węgłem i ruszyła dalej, wzdłuż szpaleru rynkowych kamienic. Pod Baranami grzmiało od muzyki. Zdaje się, że Potoccy przyjmowali dzisiaj jakiegoś oficjela ze stolicy. Czas notował to na pierwszej stronie. Doprawdy, jakby nie było o czym pisać. „A choćby i samego Franciszka Józefa! Snobomaniacy!” – pomyślała ze złością i wcisnęła się w ścianę, gdy z bramy wytoczyła się roześmiana parka. Nic jej ci Potoccy nie zawinili, ale zła była ogólnie, to i hrabiostwu się dostało.

Bo ona chciała być studentką. Przecież już czas najwyższy, by kobiety mogły swobodnie korzystać z dobrodziejstw nauki. Prychała wewnętrznie, przyspieszając kroku. Była cierpliwa przez ostatnie dwa lata, kiedy matka wynajdywała jej coraz to koszmarniejszych kandydatów na męża, za to z niezłą sumką na koncie i pokaźnymi majątkami. Mogła jakoś ścierpieć fakt, że jeden miał zeza, a drugi co pięć minut zwracał się do niej „moja duszko”, ale ten dzisiejszy był najkoszmarniejszy. Żółty wąs, monokl i złoty ząb nie były wcale najgorszymi składowymi jego osoby. Najgorsze było to, że ów absztyfikant natychmiast się oświadczył, padając teatralnie na kolana i powodując u matki fontannę łez radości (bo jak dotąd tylko on się oświadczył, a ponadto należały do niego dwie kamienice czynszowe w samym środku miasta).

U Feli natomiast spowodował tylko wygięcie ust w geście odrazy i uparte milczenie. A także silne postanowienie nie wychodzenia za mąż do końca świata oraz opuszczenia domu, gdy tylko nadarzy się okazja. I oczywiście udania się na studia. Chciała iść na medycynę i nic nie mogło jej już powstrzymać. Znała na pamięć każdą kość, każdy organ i każde ścięgno ludzkiego ciała. I zamierzała tę wiedzę wykorzystać. Miała ochotę zrobić to już wczoraj, łamiąc panu absztyfikantowi ten i ów gnat. Jednak uznała, że gra nie jest warta świeczki

Okazja opuszczenia domu nadarzyła się zaraz po kolacji, gdy matkę złożył globus, a absztyfikanta nerwy i wreszcie sobie poszedł. Na razie dziewczyna szła przed siebie. Obok mignęła jej Kamienica Szara. Myślała o tym, żeby przejść Sienną przez Plantacje i skierować się do Pareńskich, na Wielopole. Służyła tam jedna z jej byłych gospodyń, z którą Fela się przyjaźniła, zanim matka pozbyła się jej z powodu jakiegoś głupstwa. Może Katarzyna pozwoli jej przenocować do rana, a potem Fela zastanowi się, co dalej. Słyszała, że pani Pareńska jest raczej postępową kobietą, na pewno nie wyda jej przed matką. I może coś doradzi. Przynajmniej miała taką nadzieję. Fela wzięła ze sobą trochę oszczędności, teraz upchniętych w małej, atłasowej torebce. Co za bzdura! Gdy pójdzie na studia kupi sobie porządną, skórzaną torbę! Matka uważała, że taka torba nie przystoi prawdziwej kobiecie.

W ostatniej chwili dziewczyna zmieniła zdanie i skręciła na Floriańską. Musiała się trochę wyszumieć po mieście, była zbyt wzburzona. Nie chciała nastraszyć Katarzyny. Podejrzewała, że młoda gosposia i tak już będzie w szoku, gdy zobaczy ją w środku nocy przed tylnym wejściem.

Miasto w zasadzie spało spokojnie. Cichy wiatr szumiał w koronach drzew na Rynku. Nocny Kraków był naprawdę ułożony. Dolatywał tylko stłumiony dźwięk zabawy Pod Baranami. Potoccy nie musieli obawiać się interwencji Straży z powodu łamania ciszy nocnej. Mogli wszystko. Szybko jednak ten hałasik został zastąpiony zupełnie inną kakofonią dźwięków.

Fela minęła właśnie Hotel Pod Różą i zbliżała się do Cukierni Lwowskiej Jana Apolinarego Michalika. No tak, sobota. Krakowska „hołota” i „malaria” zabawia się wulgarnie przy dzikich orgiach i satanistycznych rytuałach. Przynajmniej tak twierdziła matka. Fela przystanęła gwałtownie przed wejściem do lokalu, niepewna, czy wchodzić, czy lepiej ominąć. Przez szybę widziała, że w środku było ciasno, a powietrze co chwilę przecinały salwy głośnego śmiechu. Nie dostrzegła ani składania krwawych ofiar, ani nagich ciał. Tym ostatnim była troszeczkę zawiedziona.

– Czy panienka ma papierek? – zwrócił się do niej postawny mężczyzna, pilnujący drzwi.

– Papierek? – zapytała zdezorientowana.

– Zaproszenie – wyjaśnił uprzejmie.

– Och. Nie, nie mam. Czy mimo wszystko, nie mógłby pan szanowny w drodze wyjątku wpuścić mnie na salę? – zapytała, coraz bardziej zaintrygowana.

– Przykro mi, ale w żadnym razie! – tajemniczy odźwierny był nieugięty. – Takie mamy zasady. Nie ma papierka, nie ma wejścia!

– Ależ Nosku. Gdzie twoje maniery? – zza olbrzyma wynurzył się zgrabny blondyn, w cylindrze i białym szalu. – Pani jest ze mną – skłamał bez mrugnięcia okiem i podał Feli ramię. – Idziemy, moja droga?

– A no jak tak, to zapraszam! Noskowski Witold, do usług – skinął głową, przepuszczając Felę w ślad za blondynem.

– Straszny z niego służbista, ale dobry chłop – powiedział mężczyzna, gdy udało im się wepchnąć w jakiś jeszcze wolny kąt sali.– Sierosławski. Stanisław. – Ściągnął cylinder i pochylił głowę, by ucałować jej dłoń. – Ale może pani nazywać mnie Stasinkiem. Tutaj wszyscy tak o mnie mówią.

Fela spojrzała w jego roziskrzone oczy.  Uśmiechnął się do niej. Takiego pana matka nigdy jej nie przedstawiła.

To tyle o Feli. Pozostawiam ją w tej niespodziewanej nocnej przygodzie sprzed ponad stu lat. Mam nadzieje, że żyło jej się tak, jak sobie to wymyśliła tej nocy.

Napisałam jeszcze kilka tekstów osadzonych w podobnych „retro”  realiach. Jeden z nich został nagrodzony wyróżnieniem w postaci publikacji na blogu wykupslowo.wordpress.com -> Nikomu się nie śniło

Drugi znajdziecie na blogu verbumnapolu.wordpress.com -> Nie do pomyślenia!. Kliknijcie w odnośniki, jeśli macie chęć poczytać więcej.