Weselny trans. „Wesele” Wyspiańskiego w Starym Teatrze [recenzja]

Obejrzane 9 czerwca 2017 roku.

Marzenia się spełniają. Jakiś czas temu, pisząc o Janie Klacie, wspomniałam, że marzę, aby obejrzeć jego najnowszy spektakl – Wesele. Bilety na ostatnie w tym sezonie spektakle były wyprzedane od dawna, więc rzeczywiście – mogłam sobie pomarzyć. I wtedy Stary Teatr sprezentował nam niespodziewanie cztery dodatkowe Wesela. I chociaż i te grania rozeszły się w mgnieniu oka, dzięki szybkiej reakcji I.  (której jesteśmy z A. dozgonnie wdzięczne), udało nam się dotrzeć na jeden z wczorajszych pokazów. Było fantastycznie! Dosłownie odebrało mi mowę. Po wyjściu z sali brakowało nam słów. Byłyśmy w stanie powiedzieć tylko: „Dobre to było!”.

W 1924 roku, w jednym z tomów Flirtu z Melpomeną, Tadeusz Boy-Żeleński pisał o Weselu Stanisława Wyspiańskiego:

„Stosunek poety do rzeczywistości był inny niż zazwyczaj: anegdota była nie punktem wyjścia, ale samym najistotniejszym materiałem twórczym. Mało kiedy dane nam jest tak głęboko zapuścić ciekawe spojrzenie w warsztat poety. I każdemu, kto patrzył z bliska na ludzi i wydarzenia splatające się w Wesele, czymś najbardziej godnym podziwu jest to właśnie, jak drobnymi, lekkimi dotknięciami Wyspiański umiał codzienną rzeczywistość przeczarować w poezję, jak mało odbiegając od anegdoty umiał jej nadać olbrzymie rozpięcie symbolu”.

Charaktery postaci zostały przez Wyspiańskiego uchwycone w tak plastyczny sposób, że czytając o nich w opracowaniach i patrząc na ich wizerunki, utrwalone na obrazach i starych fotografiach, potrafiłam dzięki nim wyobrazić sobie tamten świat. Pisząc scenariusz o Boyu-Żeleńskim posiłkowałam się także dialogami z Wesela, zapożyczając z nich charakterystyczne sposoby wysławiania się bohaterów. Jeśli dzieło Wyspiańskiego działało tak na moją wyobraźnię, w czasach Boya musiało budzić niemałą sensację.

Czym jest dzisiaj anegdota o tamtym bronowickim Weselu? Sto lat temu była żywą legendą, potem wołaniem o jednoczenie się w walce i wyrwanie z chocholego tańca, aż w końcu wałkowaną bez końca i bez polotu lekturą szkolną. Czym jest dla nas dzisiaj, w 2017 roku? Nikt z nas nie może już osobiście znać bohaterów, których autor dramatu wymienił z nazwiska na pierwszej wersji afisza. Goście Gospodarza z Bronowic są już dla nas duchami przeszłości. Duchami, które nawiedzają nasze czasy echem dysputy o obyczajowości, szukaniu kompromisów i walce o wolność.

Tak odczułam ten dom weselny od pierwszych scen, zanim jeszcze konkret zamienił się w oniryczne odrętwienie – był to dom nawiedzony przeszłością, powracającą widmowo do naszych czasów. Wyspiański w konkretnych osobach uchwycił ogólne postawy, które rozpoznalibyśmy i dzisiaj, może pod innymi etykietkami. Chyba już najwyższy czas przestać postrzegać Plotkę o Weselu jako jedyną drogę interpretacji, choć, poza tym, że jest to świetny tekst, Boy niesamowicie potrafił wyczuć wagę tego dramatu także z pespektywy badań historycznych.

Jan Klata po swojemu wplótł w Wesele elementy współczesne, nie stroniąc od kontrowersyjnych wtrąceń i interpretacji. Na scenie dzieje się dużo, a mimo to tekst Wyspiańskiego brzmi wyraźnie. Nie zagłusza go black metalowa kapela weselna, czyli zespół Furia, pełniący także funkcję złowróżbnego Chochoła. Nie tłumi go głośny śmiech, kłótnia, słowna przepychanka.

Przekorny to zabieg ze strony reżysera, by do prowadzenia weselnej zabawy zaprosić muzyków grających black metal. I stworzyć przy tym tam znakomite sceny choreograficzne. W tej wersji Wesela chocholi taniec towarzyszy nam od początku, zapowiadając przyszłe wydarzenia. Jest omenem, rodem z filmów grozy.

W ogóle to Wesele ma raczej ciemne barwy – dużo w nim  czerni i czystych, prostych kolorów: bieli ślubnych strojów, ciemnych kamizelek, okraszonych barwnymi plamami. Czerwieni bucików Panny Młodej. Zosia i Haneczka w przykrótkich sukieneczkach suną po scenie jak upiorne bliźniaczki z Lśnienia, na tle innych biesiadników kolorowe jak kwiaty, fascynująco kontrastując z otoczeniem.

W tym spektaklu doskonale widać również, jak zgrany i pełny jest zespół Starego Teatru. To było siódme przedstawienie w ciągu czterech dni a aktorzy grali na pełnej petardzie. Nie potrafię wskazać jednego nazwiska – każdy ma w tym spektaklu swoje miejsce, swoje 5 minut albo 30 sekund, ale każdy taki epizod dopełnia całość. Jak w kalejdoskopie przesuwają się sceny i postaci, migają urywki rozmów, przemyka jakieś widmo, brzmi muzyka. Czasem Jan Klata wkłada w czyjeś usta kwestie innych, czasem zamienia kolejność scen, trochę jakby tworzył scrapbookingowo album wspomnień. Czasem patrzymy na te zabiegi z rozbawieniem, a czasem z przerażeniem wynikłym z ciemnej tonacji samego dramatu.

Nie wiem, czy Wyspiański byłby zadowolony z takiej interpretacji. Miał wyraźnie określoną wizję swoich dramatów. Natomiast myślę, że najwierniejszy recenzent tego spektaklu, Tadeusz Boy-Żeleński, odnalazłby w nim odbicie współczesności.

Mnie tak podane Wesele przekonuje. Ostatnio jest to mój ulubiony tekst dramatyczny, odkrywanie go na nowo sprawiło mi ogromną radość, choć brakowało mi trochę muzycznego akcentu na finał. Nie ma na koniec hipnotycznego tańca – jest bezruch. Brak działania.

Cieszy mnie, że bogactwo tego, co wydarza się na scenie, wynika przede wszystkim z bogactwa oryginalnego tekstu. Nie został on zmarginalizowany, ale wyeksponowany w nowym kontekście. Jasiek wrócił w końcowej scenie starszy o dziesiątki lat. Jak długo spali biesiadnicy? Chocholi trans trwa nadal, dzisiaj mógłby się przejawiać pewną obojętnością. Zanurzeni w wirtualnym świecie tracimy zainteresowanie tym rzeczywistym, z rzadka tylko przypominając sobie, że bez  tego drugiego ten pierwszy by nie istniał, ale prawdziwy jest tylko ten wokół nas i to w nim powinniśmy działać. Żeby na koniec nie zostać tylko ze sznurem.

O SPEKTAKLU

WESELE

Tekst: Stanisław Wyspiański

Adaptacja, reżyseria: Jan Klata

Premiera: 12 maja 2017 r, Duża Scena Starego Teatru, ul. Jagiellońska 1

Scenografia / kostiumy / reżyseria światła: Justyna Łagowska

Choreografia:  Maćko Prusak

Muzyka: FURIA

Asystent scenografa: Piotr Halter

Realizator dźwięku: Łukasz Kamiński, Adam Gajewski

Asystent reż. / inspicjent / sufler: Katarzyna Gaweł

Asystenci reżysera: Paweł Sablik, Andrzej Błażewicz

 

OBSADA

Radczyni:  Anna Dymna

Panna Młoda: Monika Frajczyk

Rycerz Czarny: Małgorzata Gorol

Haneczka: Ewa Kaim

Rachel: Katarzyna Krzanowska

Gospodyni: Beata Paluch

Maryna: Jaśmina Polak

Zosia: Anna Radwan

Ksiądz:  Bartosz Bielenia (09.06.’17, 16:15 – Krystian Durman)

Kacper: Maciej Charyton

Gospodarz: Juliusz Chrząstowski

 Jasiek: Krystian Durman

Dziennikarz: Roman Gancarczyk

Kuba: Grzegorz Grabowski

Żyd: Mieczysław Grąbka

Poeta: Zbigniew W. Kaleta

Hetman: Zbigniew Kosowski

Pan Młody: Radosław Krzyżowski

Dziad / Upiór: Ryszard Łukowski

Wernyhora: Zbigniew Ruciński

Czepiec: Krzysztof Zawadzki

Stańczyk **:  Edward Linde-Lubaszenko, Jan Peszek

Klimina: Elżbieta Karkoszka

Jasiek: Andrzej Kozak

Chochoł: Michał Kuźniak

Kosynierzy: Mikołaj Głowacki, Janusz Jarecki, Grzegorz Sterliński, Krzysztof Szczygieł, Wojciech Szczygieł, Sławomir Wojciechowski

TRAILER:

Klat(k)a bez krat. Osobiście o teatrze Jana Klaty

Musiałam dojrzeć do teatru Jana Klaty. Dotrzeć się do jego widzenia świata, żeby wyciągnąć z niego coś dla siebie. Nikt mnie do tego nie zmuszał, nikt mi tego nie narzucał. Podobnie jak setkom widzów obecnych na jego spektaklach przy Jagiellońskiej. Teatr Jana Klaty jest moim teatrem. I mam na myśli zarówno spektakle w jego reżyserii, jak i instytucję. Skupię się jednak na jego twórczości.

To nie jest łatwy teatr. Myślę, że nawet profesjonalni krytycy teatralni podzielają to zdanie. Postaram się tę „niełatwość” wyłożyć z perspektywy widza. Do tej pory widziałam sześć spektakli wyreżyserowanych przez Jana Klatę, w tym cztery na deskach Starego (Oresteja, Do Damaszku, Wróg Ludu, Król Lear) i dwa wirtualnie (H. i Sprawa Dantona). Mam nadzieję, że do tego zestawu dołączy jeszcze Wesele, które jest moim ulubionym tekstem dramatycznym.

Kontrowersje wokół spektakli Klaty wydają mi się być sztucznie nadmuchiwane. Owszem, reżyser sięga po tematy, które mogą być uznawane za kontrowersyjne przez pewne środowiska: wiara, władza, zgubne skutki źle rozumianej demokracji. Gdzieś w tym wszystkim czai się erotyka, wykorzystywana bardziej jako środek, niż temat. Ale, jak pokazuje chronologia tekstów źródłowych, to tematy poruszane od wieków. Sztuki na nich oparte budzą kontrowersję, bo pokazują brzydką prawdę o społeczeństwie. Tak, o nas.

Konserwatywnego widza teatralnego mogą szokować także współczesne muzyczne wstawki, szalone harce, przeniesienie akcji w czasie i przestrzeni, podkreślanie niezdrowych relacji damsko-męskich, uwspółcześnianie tekstu. Użycie niestandardowych rekwizytów, jak np. piły mechaniczne w Sprawie Dantona, albo uroczy kościotrup w szklanej trumnie (niczym groteskowa Śpiąca Królewna) w Do Damaszku. Ale czy nie tak tworzy się dzisiaj teatr? Odczytując tekst przez współczesne odniesienia i własne odczucia reżysera? Powstała w teatrze taka dziedzina, jak dramaturgia. Jan Klata dba również i o nią, spektakle są różnorodne, a równocześnie silnie naznaczone jego wizją. Nie musisz czytać opisu spektaklu, żeby wiedzieć, że reżyserował go obecny dyrektor Starego Teatru.

Jest to reżyser, który dobiera swój zespół perfekcyjnie. Aktorzy pasują do swoich postaci idealnie. Do tego stopnia, że nie potrafię wyobrazić sobie innych w tych rolach: Idol z Do Damaszku  ma dla mnie twarz Marcina Czarnika, a Wróg Ludu to wykapany Juliusz Chrząstowski. Nikt nie odtańczyłby takiego triumfalnego tańca, jak Bartosz Bielenia, jako Edmund w Królu Learze. No i ta przepiękna Afrodyta-Anna Radwan z Orestei… Jan Klata z pewnością doskonale rozumie swoich aktorów. I widzów.

Zaczęłam od „dojrzewania” do Klaty, ponieważ reżyser wchodzi w dialog z oryginalnymi sztukami w taki sposób, by otworzyć je na współczesność. Przyznaję, lubię klasykę we współczesnej formie, jej intertekstualne przedstawienie. Moje dojrzewanie nie było więc jakimś wyczynem. Bardziej chodziłoby tutaj o słowo „dojrzeć” w znaczeniu „dostrzec”.

Janusz Radek wspomniał w wywiadzie dla Radia Kraków, że poezję powinno czytać się w taki sposób, by wydobyć z niej coś dla siebie. Autor pisał ją, by nam przekazać swoją wizję świata, ale my powinniśmy w niej szukać własnych kontekstów, własnych znaczeń. Takie podejście wydaje się słuszne także wobec innych tekstów kultury, w tym teatralnych prezentacji rzeczywistości. Oczywiste? Niby tak, ale wciąż zastanawiamy się uparcie, „co autor miał na myśli”.

Czym zatem jest dla mnie teatr Jana Klaty? Kontrolowaną wolnością: burzenia, tworzenia, komentowania. Taką klatką (Klat(k)ą) bez krat. Kontrolowaną ramami zamysłu artystycznego w sposób racjonalny, pewny, ale nie ograniczający. Granice wytycza konkretny pomysł podania, wcielony na scenie przez znakomicie kierowany zespół aktorski. Nie są to jednak granice nieprzekraczalne.

Bardzo podoba mi się mocne umuzycznienie spektakli. Wykorzystanie współczesnych utworów, jako ich integralnej części. Lubię porozumiewawcze mrugnięcia w stronę widza. Uwielbiam wyszukiwanie nawiązań kulturowych. Podoba mi się wchodzenie w dialog, dyskusję, czasem sprzeczkę. Rozmowa z widzem, także niemetaforyczna, bo i takie momenty się zdarzają. Lubię teatr, który każe mi myśleć, a nie tylko śledzić fabułę. Ale lubię też teatr, który oferuje mi rozrywkę. I teatr Jana Klaty daje mi obie te rzeczy. Zarówno spektakle w jego reżyserii, jak i zarządzany przez niego Stary Teatr. Po tych kilku jego spektaklach, które obejrzałam, wiem, że jest to, obok Moniki Strzępki, jeden z moich ulubionych reżyserów teatralnych.

Jestem ciekawa, co o teatrze według Jana Klaty powiedziałby Tadeusz Boy-Żeleński, który spędził na fotelu recenzenta chyba jedną trzecią swojego dorosłego życia. Myślę, że doceniłby ironię, pochwalił współczesne odniesienia i wykorzystanie muzyki w spektaklu. Wszak też kochał Wesele.

 

Moje teksty wokół wspomnianych spektakli Jana Klaty:

Do Damaszku

Oresteja

Król Lear

Wróg ludu

Sprawiedliwość według Ajschylosa. Oresteja w Teatrze Starym [prawie recenzja]

Obejrzany 06 maja 2016 r.

oresteja
Fotos ze spektaklu (źródło: stary.pl)

Dla odświeżenia przed spektaklem przeczytałam ponownie Oresteję Ajschylosa (Ha! Wreszcie coś, co znałam wcześniej!). Jeśli myślicie, że macie problemy, poczytajcie greckie tragedie. Dowiecie się z nich między innymi, że powiedzenie „robić coś jak baba” prawdopodobnie tam ma swoje źródło, tchórzliwy facet to „pół-niewiasta”, zemsta nie popłaca, a bogowie są przekupni. A po spektaklu w reżyserii Jana Klaty dodatkowo przekonacie się, że „rodzina nie cieszy, gdy jest” (cytat niby z Jeremiego Przybory, ale autor Orestei mógłby się pod nim podpisać).

Czasoprzestrzenne puzzle

Intrygują mnie spektakle Jana Klaty. Budowane z oryginalnych treści, ale bez nacisku na ścisłe trzymanie się tekstu, w zupełnie nieklasycznej formie. Zilustrowane mocną, psychodeliczną muzyką i współczesną piosenką. Nie zaskoczyła mnie podobna mieszanka firmowa w tej wersji Orestei. Czekałam na takie rozwiązania i dostałam je, w dodatku w wykonaniu wspaniałego zespołu.

Scenografia przypominała mi trochę tę ze spektaklu Stara kobieta wysiaduje: krajobraz tuż po katastrofie, w oczekiwaniu na kolejną. Choć teraz była ona dużo skromniejsza. Tylko warstwa szarego kamienia i mgła, gęstniejąca w tle. W jednej z recenzji przeczytałam, że sceneria ta przypomina koszmar senny, z którego nie można się obudzić. I na takim tle pojawiają się ludzie ubrani w garnitury, jak w nowoczesnym korpo-piekle. Każda postać wydaje się upchnięta w swój mundurek. Klasyczny tekst greckiej tragedii wypowiadają postaci ubrane współcześnie. Chór męski nie tylko komentuje wydarzenia, ale i nieraz nieźle się przy tym bawi. Bogowie zachowują się jak celebryci, a Klitajmestra biega po scenie z toporną siekierą, a nie z eleganckim sztyletem. Postaci umazane są pyłem, jak po wybuchu bomby. A Erynie to trzy bardzo atrakcyjne kobiety w bardzo sfatygowanych fatałaszkach. Zwariowana układanka stylów, czasów, klisz, które, o dziwo, tworzą jednak spójną całość. Rzeczywiście, trochę jak ze snu wariata.

Taka patchworkowa struktura idealnie wpasowała się w szaloną historię rodu Atrydów. Dzisiaj mógłby powstać z tego sezon Horror Story, z tym, że nie American a Greek. Bo na pewno nie jest to materiał na odcinki z serii Rodzinka.pl. Nie sądzę, żeby pani Boska podała na kolację pieczeń z dzieci, nawet jeśli te wyjątkowo by ją wkurzały.

Sąd sądem…

A u Ajschylosa, więc i u Klaty, mamy pieczeń z synów brata, córkę złożoną w ofierze, zabójstwo męża w celu pomszczenia córki i zabójstwo matki, w celu pomszczenia ojca. To raczej niestandardowe zabawy rodzinne. Chyba, że byłby to sequel Funny Games Michaela Haneke. Prócz tego Jan Klata zaserwował nam wątek kazirodczy między Elektrą (Anna Radwan-Gancarczyk) a Orestesem (Piotr Głowacki), dziećmi Agamemnona i Klitajmestry. I choć w oryginale się go nie dopatrzyłam, na tle tych wszystkich wydarzeń na łonie rodziny, wypada on całkiem pozytywnie. Serio. Nawet jeśli Elektra wygląda jak Lolita a Orestes – jak chłopiec z elitarnej szkoły męskiej prowadzonej przez zakonnice, jak gdyby nie dorośli do swoich ról. Elektra składa ciału ojca ofiarę z własnych zabawek, Orestes nie rozstaje się z komiksem o superbohaterze. I to właśnie ta para szykuje krwawą zemstę na matce i jej kochanku. Chyba niezbyt przejęli się śmiercią siostry Ifigenii, do której doprowadził Agamemnon.

I w całej tej gmatwaninie celów uświęcających środki, co sprowadza się generalnie do zemsty, najbardziej zastanawiają mnie dwie rzeczy. Po pierwsze, dlaczego większą wagę dla Eryni ma szukanie zemsty na Orestesie za zabicie matki i jej kochanka, Aigistosa (do czego w sumie miał powód, bo był synem owego brata, któremu podano nietypową pieczeń), niż na Klitajmestrze za zabicie męża, lub na Agamemnonie, który nie mrugnął okiem, gdy składano jego córkę w ofierze (by mógł wyruszyć statkiem na wojnę). Po drugie, czemu, u licha, wszyscy tak przejmowali się śmiercią Agamemnona, który był co najmniej niekompetentnym ojcem, skoro zdecydował się poświęcić życie własnego dziecka.

Wydaje się, że jedynym wytłumaczeniem wszystkich tych tragedii jest tutaj szukanie sprawiedliwości. Tyle, że każdy z bohaterów ma własną wizję tego, co jest sprawiedliwe. I tutaj wkracza do boju prawo, według którego ostatnie słowo w rozsądzaniu sporów miała Atena. „Sąd sądem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie” – to zdanie pochodzi z komedii Sami swoi, ale świadczy o tym, że mentalność ludzi nie zmieniła się aż tak bardzo.

Zróbmy show

Finałowe sceny sztuki Ajschylosa rozgrywają się w świątyniach Apolla, za sprawą którego Orestes dokonał krwawej zemsty na matce i Aigistosie, oraz Ateny, gdzie chroni się przed gniewem Eryni. W wersji Teatru Starego cała ta sekwencja „boskich” scen rozgrywa się w konwencji Talent Show, które otwiera spektakularne wejście uśmiechniętego od ucha do ucha Apollina (Błażej Peszek) w piosence Robbiego Williamsa, Feel. W tym kontekście słowa „Not sure I understand
this role I’ve been given” („Nie jestem pewny, czy rozumiem powierzoną mi rolę”), czy „I sit and talk to God and he just laughs at my plans” („Siedzę i rozmawiam z Bogiem a on tylko śmieje się z moich planów”) nabierają innego znaczenia. I nawet pewnej głębi. Zwłaszcza, że Orestes traktuje Apolla jak swojego idola i w zachwycie powtarza razem z nim słowa piosenki. Zresztą grecki bóg okazuje się całkiem podobny do brytyjskiego bożyszcza. Ciekawe zestawienie różnych rodzajów boskości. Ze względu na musicalowy charakter tego momentu w spektaklu, przywodzi mi on na myśl scenę z Herodem w Jesus Christ Superstar. Ten sam blichtr i pyszałkowatość.

A później jest już tylko lepiej. Gdy Erynie rzucają się z oskarżeniami na Orestesa, dochodzi do walki… o głosy publiczności. Sąd nad Orestesem zmienia się więc w show, w którym sędziami są widzowie. Gdyby te wydarzenia rozgrywały się współcześnie, takie rozwiązanie byłoby całkiem prawdopodobne, skoro mamy już programy oparte na transmisjach (choćby i inscenizowanych) rozpraw sądowych. Głosowanie kończy się remisem. Głosem Ateny Orestes zostaje uniewinniony. Sama nie wiem, czy słusznie.

Bo tak po prawdzie, wystarczyło po prostu nikogo nie zabijać, z zemsty, chyba, że jest się akurat psychopatycznym zwyrodnialcem i to takie hobby. Przez zemstę rodzą się konflikty zbrojne i nowe zbrodnie. Przez zemstę łaknących sprawiedliwości zbrodniarzy dręczą wyrzuty sumienia. Wszyscy przegrywają. Niemniej jednak stworzona przez Ajschylosa historia jest fantastyczna i oprawiona w formę, którą dał jej Jan Klata ze swoimi współpracownikami, odsłania pokłady możliwości interpretacyjnych.

Zrozumieć rolę

Ten wers z piosenki Williamsa, który cytowałam wyżej, utkwił mi w pamięci, choć nawet jej wcześniej za dobrze nie znałam. Co to znaczy „zrozumieć powierzoną rolę”? W kontekście sztuki Ajschylosa rozumiem to jako odkrywanie swojego przeznaczenia.

Ale co to oznacza dla aktora? Kiedy aktor może przyznać, że zrozumiał rolę? Tego nie wiem, musiałabym sama zostać aktorką. Myślę jednak, że zespół biorący udział w Orestei Teatru Starego swoje role zrozumiał bezbłędnie.

Anna Dymna była oszałamiająca. Gdy pojawiła się po raz pierwszy we mgle, w głębi sceny, już wiedziałam, że to będzie znakomicie zagrana Klitajmestra. W białej, zakrwawionej sukni ślubnej, z rozmazanym makijażem, z siekierą w dłoni, paląca papierosa po zamordowaniu męża… Była najbardziej przerażającą, a równocześnie, najsmutniejszą postacią kobiecą, jaką jestem w stanie odszukać w mojej pamięci.

Niemniej jednak to Anna Radwan-Gancarczyk zachwyciła mnie najbardziej w tym spektaklu. W długiej sukni Ateny wyglądała przepięknie, jak jedna z gwiazd gali rozdania Oscarów. To jedna z tych aktorek, która równie dobrze sprawdza się w interpretacji tekstów tragicznych, co komediowych. A w Orestei dała temu dowód. Jej Atena była tak odmienna od Elektry, którą grała ledwie kilka scen wcześniej. Prawdziwa bogini sceny!

Jeśli chodzi o postaci męskie, to oczywiście zwróciłam uwagę na Juliusza Chrząstowskiego. Bardzo lubię słuchać jego głosu, chociaż oglądając go w roli Aigistosa miałam wciąż przed oczami postać Orcia z Nie-boskiej komedii. Wszystko powiem Bogu. Tak wiele było z tej postaci w jego interpretacji Aigistosa. Podobało mi się to, ale ja po prostu cenię sobie każdą możliwość oglądania Juliusza Chrząstowskiego na scenie. Jak dotąd nie zawiódł moich oczekiwań.

Po raz pierwszy widziałam za to Błażeja Peszka i Piotra Głowackiego. Przyznaję, że obaj panowie mile mnie zaskoczyli. Błażej Peszek był bardzo frywolnym Apollinem, ale sposób podania pasował do tej postaci doskonale. Piotr Głowacki stworzył nieco histerycznego, niezdecydowanego, działającego jakby mechanicznie Orestesa, którego działania determinuje całe otoczenie (los, bogowie, siostra). Widziałam go w kilku filmach i nie zachwycił mnie swoją grą. W tym spektaklu poradził sobie bardzo dobrze.

Ewa Gałkowska zagrała bardzo przekonującą Kassandrę, wieszczkę, którą w widzeniach nawiedzały wszelakie okropności wiszące nad rodem Atrydów. Ta postać również zapadła mi w pamięć mocniej.

No i oczywiście wspaniałe były Chóry panów (Michał Majnicz, Bolesław Brzozowski, Andrzej Kozak, Jacek Romanowski, Rafał Jędrzejczyk) i pań – Eryń (Ewa Kaim, Ewa Gałkowska, Ewa Kolasińska). Pan i władca Agamemnon objawił nam się w postaci Zbigniewa Rucińskiego i choć zaraz potem został zadźgany przez małżonkę, była to dobra rola niedobrego tyrana, który jednak szanował bardzo bogów. Szkoda, że nieco mniej ludzi.

Oczywiście, nie tylko wykonawcy musieli opanować swoje role (co zrobili perfekcyjnie). Przy tak skomplikowanym systemie wejść aktorów wprost z widowni niemało musieli nauczyć się także inspicjenci, i zapewne technicy oświetlenia, bo światło było w tym spektaklu bardzo ważne. Ktoś musiał wyczarować dla nas ten na w pół senny świat Orestei, zanurzony w pyle i mgle. Dręczy mnie też pytanie, ile sukni ma Klitajmestra, że grając kilka spektakli z rzędu zawsze wchodzi na scenę w białej, a schodzi z niej w zakrwawionej szacie. Ot, taki problem.

Fantastycznie lutnia nastrojona

Kiedy zaczynałam pisać ten tekst, pomyślałam o wierszu Juliusza Słowackiego. Na zakończenie chciałabym zacytować kilka strof, które oddają mniej więcej klimat sztuki Ajschylosa:

Niech fantastycznie lutnia nastrojona,
Wtóruje myśli posępnej i ciemnej —
Bom oto wstąpił w grób Agamemnona.
I siedzę cichy w kopule podziemnej,
Co krwią Atrydów zwalana okrutną.
Serce zasnęło, lecz śni. — Jak mi smutno!

O! jak daleko brzmi ta harfa złota,
Której mi tylko echo wieczne słychać!
Drujdyczna z głazów ta to wielkich grota;
Gdzie wiatr przychodzi po szczelinach wzdychać
I ma Elektry głos — ta bieli płótno
I odzywa się z laurów: jak mi smutno!

[…]

O! cichy jestem jak wy! o Atrydzi!
Których popioły śpią pod świerszczów strażą —
Ani mię teraz moja małość wstydzi,
Ani się myśli tak jak orły ważą.
Głęboko jestem pokorny i cichy
Tu, w tym grobowcu sławy, zbrodni, pychy! —

Ale że jednak spektakl Jana Klaty nie był pozbawiony charakterystycznych dla niego mrugnięć do widza, pozwólcie zatem, że przełamię te smutne, choć piękne rymy, i ich głęboką powagę, cytatem Boya-Żeleńskiego z wiersza o jednym bardzo gadatliwym literacie Młodej Polski, Lucjanie Rydlu, z wiersza parodiującego ten Słowackiego:

Niech fantastycznie lutnia nastrojona
Wtóruje pieśni tragicznej i smutnej,

Bo — Rydel wstąpił w grób Agamemnona
I pysk rozpuścił w sposób tak okrutny,
Że rozbudzone na wpół trupy z cicha
Szepcą do siebie: cóż tam znów, u licha?!

O, cichym jestem jak wy, o Atrydzi,
— Bełkoce Rydel z zapienioną twarzą —
Ani mnie kiedy moja małość wstydzi,
Ani się myśli tak jak orły ważą —

(Tu wydał cichy jęk grobowiec niemy
Jakby chciał mówić: ach, wiemy to, wiemy!)

Z tej ziemi, którą boski Homer śpiewał,
Niechaj przeszłości szepcą do mnie głosy
Ludu, co także pod spód nic nie wdziewał
I także chodził z gołą głową, bosy;
Niech mówi do mnie duch helleńskich braci,
Co także, jak ja, nie nosili gaci.

I tak oto, postacią Pana Młodego z Wesela, Boy połączył mitologię Greków i Polaków. I to chyba daje mniej więcej pełny obraz charakteru tej historii przeniesionej na deski Teatru Starego. Polecam bardzo fanom niestandardowych adaptacji klasyki.

O spektaklu

ORESTEJA
PRZEKŁAD: Maciej Słomczyński
REŻYSERIA: Jan Klata

Premiera: 25.02.2007 r., Duża Scena, ul. Jagiellońska 1

ADAPTACJA: Iga Gańczarczyk, Jan Klata, Anna Włodarska
OPRACOWANIE MUZYCZNE: Jan Klata, Rafał Kowalczyk
SCENOGRAFIA I REŻYSERIA ŚWIATŁA: Justyna Łagowska
KOSTIUMY: Mirek Kaczmarek
RUCH SCENICZNY: Maćko Prusak
ASYSTENT REŻYSERA: Anna Włodarska

OBSADA:
Aigistos – Juliusz Chrząstowski
Klitajmestra – Anna Dymna
Elektra, Atena – Anna Radwan-Gancarczyk
Kassandra, Alekto – Małgorzata Gałkowska
Orestes – Piotr Głowacki
Apollo – Błażej Peszek
Megajra – Ewa Kolasińska
Tejsifone – Ewa Kaim
Obywatel 1 – Bolesław Brzozowski
Obywatel 2 – Michał Majnicz
Obywatel 3 – Andrzej Kozak
Obywatel 4 – Jacek Romanowski
Obywatel 5 – Rafał Jędrzejczyk
Agamemnon – Zbigniew Ruciński

Trailer