Nawiasem Mówiąc: Meeow. Unikatowy prezent i bogactwo brzmienia [wywiad]

Inauguruję nowy cykl z wywiadami na mojej stronie, Nawiasem Mówiąc. Moimi pierwszymi rozmówcami zostali członkowie zespołu Meeow.

meeow
Meeow w komplecie: Ved, Tomek Leśniakiewicz, Magda Ślósarz, Maja Szwajcowska, Estera Szczypuła, Tomek Wrzesiński, Michał Warmusz (źródło: facebook.com/meeowpl)

3 czerwca spotkałam się z krakowską grupą Meeow w Łąka Cafe, w Kinoteatrze Wrzos w Podgórzu, by porozmawiać o ich debiutanckim albumie i projekcie na Polak Potrafi. Byli ze mną: Magda Ślósarz, Tomasz Wrzesiński, Michał Warmusz, Tomasz Leśniakiewicz i Andrii Vedomyr Volynko vel. Ved. Poczytajcie, o czym jeszcze mi opowiedzieli.

 Debiutancka kaseta

PAULINA JARZĄBEK [PAULINA]: Spotykamy się tutaj, bo wydajecie debiutancki album na kasecie magnetofonowej. Dlaczego właśnie kaseta?

TOMEK WRZESIŃSKI [TOMEK W.]:  Może zacznijmy od tego, dlaczego w ogóle wydajemy album. Już od prawie roku marzy nam się, aby zarejestrować materiał, który gramy od dobrych dwóch lat. Nasze marzenie już prawie się spełniło. Brakuje nam jeszcze tylko 9 999 złotych i już będziemy mogli je zrealizować.

Wpadliśmy na pomysł, żeby zarejestrować to na kasecie, aczkolwiek sama kaseta jest tylko symbolem. Nawiązujemy do lat 90., które były pięknymi latami. Będziemy to nagrywać oczywiście symbolicznie na kasecie, natomiast każdy kto taką kasetę kupi, otrzyma materiał również  w formie elektronicznej.

Ważne jest też to, że kaseta wiąże się, tak jak i płyta winylowa, z piękną okładką, z piękną grafiką, z czymś więcej niż tylko krążkiem, bądź samym materiałem. Dlatego chcemy wydać coś tak unikatowego, aby każdy, kto sobie taką kasetę zakupi, oprócz dobrej muzyki otrzymał jeszcze unikatowy prezent.

Projekt na Polak Potrafi

PAULINA: A żeby wydać ten album w takiej właśnie formie unikatowego gadżetu, potrzebujecie wsparcia. I każdy, kto ma ochotę, może stać się częścią Waszej akcji.

TOMEK W.: Dokładnie. W tym momencie bierzemy udział w akcji Polak Potrafi. Założyliśmy sobie, że chcemy zebrać 10 tysięcy złotych i cała akcja polega na tym, że jeśli nam się to uda, to dostaniemy te 10 tysięcy na zrealizowanie naszego materiału. Miejmy nadzieję, że dojdzie to do skutku. Oczywiście każdy może nas wspomóc, nawet przysłowiową złotówką.

TOMEK LEŚNIAKIEWICZ [TOMEK L.]: Każdy, kto nas wspomoże, będzie mógł sobie wybrać jedną z kilku nagród. Poczynając od takich symbolicznych kwot, jak 5 czy 10 złotych. Taka osoba dostanie od nas podziękowanie, albo przedpremierowo jeden utwór.  

Myślę, że najważniejszą nagrodą i najbardziej pożądaną jest sama kaseta, wraz z elektroniczną wersją wszystkich utworów. Niektórzy ludzie się obawiają: „A gdzie my tego będziemy słuchać? Nie mamy walkmenów, nie mamy odtwarzaczy”, ale proszę się nie bać, bo do każdej zakupionej kasety zawsze dostarczymy elektroniczną wersję wszystkich utworów. Tak więc każdy będzie mógł posłuchać na swoim ulubionym odtwarzaczu, telefonie, czy komputerze.

TOMEK W.: To tylko kwestia czasu, kiedy pojawimy się na Spotify, You Tube i innych kanałach.

PAULINA: Czekamy z niecierpliwością.

TOMEK L.: Jeszcze wracając do tych nagród, jeśli ktoś chciałby mieć kolejny gadżet z naszym zespołem, to będzie możliwość dobrania sobie plecaka z naszym logo, czy też koszulki, a już dla totalnych świrów…

MAGDA ŚLÓSARZ [MAGDA]: Fanów. My takich fanów kochamy i chcemy w jak największej ilości.

TOMEK L.: …dla fanów, o właśnie, jest możliwość wynajęcia całego kinoteatru Wrzos. I my zagramy tu koncert dla takiej osoby i jej przyjaciół.

TOMEK W.: Oczywiście po samym koncercie będzie after party. To też jest godne uwagi.

TOMEK L.: Mamy jeszcze nagrodę, że ktoś może przyjść do nas na próbę i uczestniczyć w niej, albo nagramy utwór wspólnie z tą osobą i on znajdzie się na specjalnej kasecie, dedykowanej dla tej osoby.

Bogactwo brzmienia

PAULINA: Jesteście bardzo licznym zespołem, jaki to ma wpływ na to co robicie?

MAGDA: Jest nas siedem osób, więc rzeczywiście bardzo dużo. Każdy ma inne zainteresowania muzyczne, innej muzyki słucha, każdy ma inny temperament, ma inną wrażliwość. Jest i trochę klasyki, i trochę nowoczesności, takich instrumentów klasycznych, czyli właśnie i skrzypce, i wiolonczela, pianola, beatbox, elektronika. Ved gra na bardzo kosmicznym instrumencie. Ale po prostu dzięki temu to brzmienie jest bardzo bogate, wielopłaszczyznowe i takie bardzo przestrzenne. Przynajmniej ja to tak odbieram. I to wszystko można odnaleźć właśnie w naszej muzyce. Każdy utwór jest trochę inną historią, trochę inną opowieścią, ale też wszystko jest bardzo spójne. Jednak te światy siedmiu osób w pewnym momencie potrafią się zejść i dogadać tak, żeby stworzyć coś wyjątkowego. Amen.

Jednym słowem

PAULINA: Jeśli mielibyście mieli podsumować to, co robicie jednym słowem, to co to by było za słowo? Ved?

ANDRII VEDOMYR VOLYNKO [VED]: Ojej…

TOMEK W: Ojej, dziękujemy za Twoje słowo.

PAULINA: Tomek?

TOMEK W.: Chyba przyjaźń.

MAGDA: Ja bym powiedziała, że emocje.

TOMEK L.: Nietuzinkowość.

MICHAŁ WARMUSZ [MICHAŁ]: Miłość. [Śmiech zbiorowy.]

 Powrót do przeszłości

PAULINA: Zrobiło się słodko. Dobrze. Było trochę o inspiracjach, tak przy okazji kaset, chciałam zapytać jeszcze, czego słuchaliście w czasach Waszego dzieciństwa, okresu -nastu lat, w gimnazjum, liceum?

TOMEK W.: To może Michał.

MICHAŁ: No ja nie byłem w gimnazjum, bo jestem za stary. Za moich czasów jeszcze nie było i już nie było gimnazjum.

No dobra, nie jestem aż tak stary. W każdym razie ja słuchałem w podstawówce oczywiście Back Street Boys i Spice Girls.

TOMEK L.: Plakaty z Bravo Girl.

MICHAŁ: Plakaty z Brawo Girl to może bardziej niż ja miała moja młodsza siostra. Ale trochę zahaczyłem o tę kulturę.

Tak naprawdę zerwałem się wcześnie, już w podstawówce, z takiej pop kultury. I jeszcze wtedy mama puściła mnie samego na Warsaw Summer Jazz i przeżywałem głęboką fascynację jazzem eksperymentalnym. A potem klasyką. I to taką klasyką z końca XX wieku. Bardzo mroczne klimaty, trochę to może nawet pobrzmiewa w moich późniejszych poszukiwaniach jako muzyka. Moim największym autorytetem był Alfred Schnittke, taki kompozytor niemiecko-rosyjski.

TOMEK W.: To może teraz ja. Poprzeczka została zawieszona dosyć wysoko. Ja powiem, że jeśli chodzi o lata 90. i mój etap dzieciaka, to co mi się w tej chwili przypomina, to zespół The Kelly Family. Myślę, że mnie Tomasz wesprze, bo to było coś.

TOMEK L.: Mieli super kasety.

TOMEK W.: To były super kasety. To były naprawdę fajne czasy. Bo to było bardzo przyjemne. Jakie to były wydarzenia, jak się ludzie zachowywali, jakie to były emocje! Właśnie, te ich koncerty… Ludzie mdleli, płakali. To było coś niesamowitego. I ta fascynacja mężczyznami w długich włosach była naprawdę fenomenalna. Moja siostra, sześć lat starsza co prawda, też była bardzo wielką fanką, zafascynowana Paddym Kellym, czyli jednym z muzyków The Kelly Family. To właśnie ja pamiętam, jeśli chodzi o moje dzieciństwo.

TOMEK L.: Wszystkie moje kuzynki też go kochały.

PAULINA: Nosiliście długie włosy?

TOMEK W.: Miałem taką przyjemność-nieprzyjemność. Chociaż moje włosy były podobno bardzo piękne.

MAGDA: Jest dowód.

TOMEK W.: Tak, można mnie zobaczyć na You Tubie.

TOMEK L.: Ja długich włosów nie miałem, ale miałem zafarbowane na blond. Byłem wojownikiem, jak sądzę.

PAULINA: Może to powtórzysz?

TOMEK W.: W ramach prezentu na akcji Polak Potrafi.

PAULINA: Będziesz najdroższą nagrodą.

VED:  Za 50 tysięcy.

PAULINA: Madzia, a Twoje muzyczne wspomnienia?

MAGDA: Było różnie, ale też Spice Girls, Back Street Boys oczywiście, ale jakoś szybko mi to przeszło. No i był polski punk rock. Już mnie wtedy ciągnęło w takie dziwne klimaty. Do tej pory nawet lubię słuchać polskiego punku. Podobało mi się, jak oni się tam buntowali. W moim wyglądzie też to było dostrzegalne. I nosiłam glany przecież bardzo długo. Z czerwonymi sznurówkami, żeby było punkrockowo.

Później to bardzo różnie było. Poznałam muzykę skandynawską, taką elektroniczną, ale nie do końca, wykorzystującą bardzo różne rzeczy. Do tej pory taką Skandynawię szukającą bardzo lubię. Taką muzykę.

PAULINA: To słychać w tym, jak grasz.

MAGDA:  Myślę, że tak, siłą rzeczy.

PAULINA: Ved, a Ty?

VED: No.

PAULINA: Najbardziej lakoniczne wypowiedzi.

TOMEK W.: Ojej, no. Z Twoich wypowiedz złożymy jedno zdanie.

VED: Kiedy zacząłem słuchać muzyki, gdzieś w przedszkolu, to był jeszcze Związek Radziecki i muzyka popowa radziecka. Niestety. Dopiero potem, po długiej przerwie niesłuchania muzyki specjalnie, zaczęło się jakieś radio, jakieś stare, rockowe rzeczy.  Później pojawił się Internet i mieszanka różnej muzyki, nie związanej w żaden sposób stylistycznie. I do tej pory nie słucham pewnego stylu, tylko wszystkiego, co mi się podoba.

PAULINA: Ok, a u Ciebie, Tomku, jak było?

TOMEK L.:  U mnie było tak, że poza tymi wszystkimi popowymi rzeczami, przed którymi nie dało się uciec, jak te Boysy czy Spice Girls, to jednak zawsze szedłem w taką stronę metalową. W latach 90. była Metallica, Iron Maiden, czy Night Wish. Głównie to, i trochę nawet to zostało.  Czy też Therion. Właśnie też taki symfoniczny metal i te sprawy są mega.

PAULINA: Czyli to nie jest oksymoron, symfoniczny metal.

TOMEK L.: Nie, to jest super. No i w gimnazjum był Sabaton. Tylko to nie były chyba lata 90., ale i tak super.

Wspólny mianownik

PAULINA: Ok. Pytanie do Madzi. Poznałyśmy się przez Pakę. Byłaś w kabarecie 7 minut Po tą piękniejszą częścią grupy.

MAGDA: No oczywiście.

PAULINA: Później zaprosiłaś mnie na koncert Meeow. Tak poznałam Wasz zespół. Jestem ciekawa, czy masz jakiś taki wspólny mianownik tych dwóch grup, który Cię do nich przyciągnął?

MAGDA: W sumie wspólny mianownik dostrzegłam dopiero później, bo 7 minut Po wynikło z tego, że przyjechałam do Krakowa i szukałam czegoś nowego. Czegoś, co by mnie zaciekawiło, nie takiego typowego, jeśli chodzi o granie, na zasadzie, że „Jestem skrzypaczką, więc będę grała na ślubach, czy w jakiejś orkiestrze”. Postanowiłam spróbować w jakiejś zupełnie innej formie.

No i wtedy trafił się kabaret. I okazało się, że to jest coś ciekawego. Jakieś inne podejście do kabaretu też, bo ja kabarety znałam głównie z telewizji i nie podobały mi się. Jakoś tak trafiłam i się okazało, że to jest coś nowego, świeżego, czego wcześniej nie widziałam. I też takie mega nakręcające, jeżeli chodzi o działanie, robienie czegokolwiek. Taka aktywność.

A później uznałam, że kabaret fajny, ale dodatkowo chciałabym zrobić coś jeszcze tak bardziej typowo muzycznie. I też coś takiego innego, ciekawego. No i tak trafiłam do Meeow. Był taki sam poziom, jeżeli chodzi o kombinowanie, o to, że nie ma żadnych granic, że właściwie to, co nam się podoba, możemy zrobić, bo każdy chce czegoś spróbować. I taka forma pracy jest moim zdaniem świetna, jeżeli chodzi w ogóle o tworzenie i robienie czegokolwiek. Wtedy wychodzą najlepsze rzeczy.

Najważniejsze, żeby tym ludziom, którzy to tworzą, to sprawiało radość, żeby to czuli. Żeby oni się dobrze bawili, czy to jest skecz na scenie, czy koncert i wykonywanie jakiegoś utworu. I w Siódemkach, i w Meeow było to na tym samym poziomie. Tak to działało w Siódemkach i nadal działa tutaj.

Teksty a muzyka

PAULINA: Dobrze, teraz mam pytanie do Tomka. Masz duży wpływ na końcowy kształt utworów. Czy dla Ciebie tekst jest równie ważny jak muzyka? Czy szukasz równowagi między tekstem a muzyką? Czy jest Ci wszystko jedno, co jest w tej warstwie treściowej?

TOMEK W.: Absolutnie nie jest nam wszystko jedno, co jest w warstwie tekstowej w naszych utworach. Jeśli chodzi o teksty Meeow, to pisała je Karolina Adamska. To jest dziewczyna bardzo mocno z nami związana przez te teksty. Bardzo dobre teksty.

PAULINA: To zdecydowanie nie są teksty o niczym.

TOMEK W.: Tak, to nie są teksty o niczym. Tak naprawdę to są bardzo ciężkie teksty. Jakbyśmy się wczytali, to są utwory przyjemne dla ucha, spokojne, jak D. I. D., ale tekstowo są niespokojne. To są często podmioty liryczne z wielkimi problemami emocjonalnymi i emocjonalno-psychicznymi. Dużo tam jest niestety tego cierpienia.

Dlaczego taka stylistyka? Meeow jest zespołem, który lubuje się ogólnie w tonacjach molowych. Czyli tych smutnych. Zdecydowanie jest nam się łatwiej wyrażać w czymś, co jest głębokie, emocjonalne i dlatego też taka stylistyka tekstu.

Karola, która pisała te teksty, też próbowała interpretować to, co my robimy, za pośrednictwem dźwięków. Ja, jako osoba spinająca całość, mniej więcej wiedziałem, o czym chciałbym mieć teksty. Natomiast niestety nie umiałem ich stworzyć, napisać, dlatego też prosiłem ją wielokrotnie o pomoc. Jest to dla nas bardzo ważna sprawa.

PAULINA: Dlaczego język angielski a nie polski?

TOMEK W.: Dlaczego angielski a nie polski? Wydaje nam się, że naprawdę trzeba umieć grać po polsku, nie każdy potrafi. A chcieliśmy, żeby nasza muzyka reprezentowała wysoki poziom. Tak naprawdę gdzieś tam z tyłu głowy życzymy sobie, żebyśmy zaczęli grać po polsku, bo byśmy bardzo chcieli.

PAULINA: Mieliście taki epizod z coverem Młynarskiego.  

TOMEK W.: Tak, to był utwór Wojciecha Młynarskiego [Absolutnie]. Natomiast teraz jest wielu fantastycznych artystów polskich, czy to Brodka, czy Dawid Podsiadło… To są wykonawcy, którzy mają też polskie utwory, bardzo dobre. I też byśmy sobie tego życzyli. Aczkolwiek ja nie potrafię pisać, czy to po angielsku, czy to po polsku. Nie potrafię. Jeśli znalazłby się tekściarz, który chciałby się z nami związać, nie tylko i wyłącznie na parę dni, lub na parę utworów, tylko faktycznie na dłuższy okres, to byłoby to bardzo mile widziane.

Gdy nasz stary, tradycyjny materiał zostanie zrealizowany dzięki projektowi na Polak Potrafi, to zrobimy sobie takie podkreślenie dwoma grubymi krechami i zaczniemy tworzyć nowe rzeczy. Strasznie jesteśmy już podekscytowani tym, co może się wydarzyć zaraz po tym, jak nasz stary materiał zostanie zarejestrowany na nośnikach. Czy to będą polskie utwory? Być może tak. Zobaczymy.

PAULINA: No ja na to bardzo czekam.

TOMEK W.: Też byśmy chcieli. Powiem szczerze, że mamy na to taką ochotę! I wydaje mi się, że spróbujemy zaskoczyć.

 Muzyka technicznie

PAULINA: Michał, pytanie do Ciebie. Poza tym, że grasz na basie i tworzysz aranżacje, jako realizator zajmujesz się na co dzień tymi technicznymi aspektami muzyki. Jaki to ma wpływ na Ciebie jako muzyka?

MICHAŁ: Ojej. Bardzo mi się podoba to pytanie. Generalnie w początkach Meeow było tak, że po prostu bardziej byłem w stanie nam pomóc, znając się na różnego rodzaju technicznych sprawach. Co prawda zawsze mnie to interesowało, ale dopiero w początkach Meeow miałem okazję, żeby zająć się tym głębiej. No i to, że uzupełnialiśmy się z Tomkiem [Wrzesińskim] i on dawał głównie zamysł kompozycyjny, ja aranżacyjny, a ja mogłem wesprzeć go dodatkowo swoją dziedziną wiedzy,  spowodowało, że wykształciłem się w tym kierunku. I swoją drogę związałem bardziej z kierunkiem realizacyjnym.

I tak naprawdę pierwszy rok był dla mnie dosyć ciężki, dlatego że musiałem się wdrożyć mocno w cały ten techniczny świat, ale z każdym następnym rokiem mogłem coraz mniej zajmować się kabelkami i sprzętem, a coraz bardziej myśleć o brzmieniu. I gdzieś tak naprawdę od niedawna, bo od pół roku, czuję, że wszyscy podnieśliśmy się do pewnego etapu, gdzie tak naprawdę możemy już być częściowo niezależni.

Oczywiście teraz przy produkcji kasety będziemy musieli się wspomagać jakimś studiem masteringowym i jakimiś miksami, bo lepiej, żeby taki materiał dostał ktoś z zewnątrz, kto ma świeżą głowę. Będziemy też mieli mniejszą odpowiedzialność na sobie, jeżeli na przykład Krzysiu, nasz realizator, który jeździ z nami na stałe, się tym zajmie.

Ale muszę powiedzieć, że nawet w tych rzeczach, które przygotowujemy sobie na próbach, mam wrażenie, że ocieramy się o poziom profesjonalny, w pełnym tego słowa znaczeniu.

Odbieranie muzyki innych

PAULINA: A gdy słuchacie innych zespołów, jesteście na jakimś koncercie, to czy jesteście w stanie zanurzyć się w tę muzykę, czy analizujecie to wszystko w taki techniczny sposób?

MICHAŁ: Ja analizuję dość mocno. Mój instrument jest dość prosty, nie poświęcam na niego zbyt dużo czasu, bardziej skupiam się na całości brzmienia, na wszystkich instrumentach, no i to jest troszkę bolączka, bo rzeczywiście może zbyt mało skupiam się na sobie.

PAULINA: Czyli nie potrafisz się tak całkiem wyluzować na koncercie?

MICHAŁ: Szczerze mówiąc całe moje dni polegają na siedzeniu z kimś na próbach, albo na robieniu koncertów, więc i moje myślenie o muzyce… Aczkolwiek ostatnio wróciłem trochę do słuchania. Bo rzeczywiście, przez trzy ostatnie lata zupełnie przestałem słuchać muzyki. Dzięki temu, że teraz wprowadziło się do Wrzosu kilka fajnych zespołów, m.in. SALK, otworzyłem głowę na nowe brzmienia i poznałem np. taką świetną wokalistkę, jaką jest Aurora. To prawdopodobnie większość odbiorców będzie wiedzieć, kto to jest. Dzięki temu, że usłyszałem jej kompozycje, jej głos, do tego stopnia zakochałem się, że siedziałem na You Tube szereg godzin, szukając czegoś, co by było choćby trochę podobne.

TOMEK L.: Myślę, że zależy na jaki koncert idę. Jeżeli idę na zespół, który bardzo lubię i słucham namiętnie, wtedy kompletnie się oddaję tej muzyce i nie analizuję, co jest nie tak. Natomiast jeżeli idę na koncert zespołu, który mniej znam, chcę posłuchać jak grają, wtedy bardziej się skupiam na tym brzmieniu, na czym kto gra i jak to wszystko wygląda.

MAGDA: Ja chyba w sumie mam też tak podobnie trochę jak Tomek.

TOMEK W.: Ja również.

MAGDA: W sensie, że jeżeli ja zespól znam od lat, to wiem dokładnie, jak to powinno być. Gdyby zafałszowali, to bym to usłyszała, ale nie na zasadzie wytknięcia błędu.

TOMEK W.: Dokładnie.

MAGDA: A nawet jak nie znam zespołu, to jest coś takiego, że analizuję, ale nie po to, żeby wytknąć błędy, tylko to jest też jakby taka forma czerpania przyjemności z tej muzyki. Bo słucham, poznaję coś nowego i rejestruję np. „O, oni grają w ten sposób, wykorzystują takie brzmienie”, i chłonę jakieś bodźce: co kto wykorzystuje, jakie innowacje robi, i rzeczywiście, skupiam się na tych poszczególnych instrumentach.

PAULINA: Czerpiesz z tego też coś dla siebie?

MAGDA: Tak, właśnie w taki sposób, że „to można rozwiązać tak”, albo „to jest fajny pomysł”. Albo na zasadzie takiej kreatywnej pracy. W takim sensie, że sprawia to przyjemność, ale też dodatkowo jest to uczenie się.

PAULINA: Inspiracje?

MAGDA: Tak. Inspiracje, w sensie nie jest to na zasadzie, że przychodzę na koncert zespołu i czekam, aż się potknie.

TOMEK W.: Bo też mi się wydaje, że nie jesteśmy tu po to, żeby wytykać błędy, czy też konkurencji, czy nam. Ja jestem na takim etapie, to co też mówiła Madzia, podpatrywania innych zespołów. I to jest dosyć ciekawy element. Na przykład tutaj obserwowałem zespół SALK, o którym mówił Michał, czy też ostatnio miałem przyjemność zobaczyć zespół LOR, również z Krakowa. Niesamowite doświadczenie. Na tym etapie podpatrywanie, co można przenieść na własne podwórko, jest dla mnie dosyć ciekawe.

Ale czy my jesteśmy po to, aby wytykać komuś błędy? Absolutnie nie. Wydaje mi się, że ja bardziej wytknąłbym błędy, które my popełniamy, bo dążymy do pewnego poziomu i perfekcji. Natomiast jesteśmy tylko ludźmi i powiem szczerze, że jeśli ktoś robi jakiś muzyczny, techniczny błąd, to dla mnie jest to nawet urocze. Bo to tak jak w życiu, popełniamy błędy. Tak że im więcej błędów, tym bardziej jest to życiowe i ludzkie.

MAGDA: A na błędach też się uczymy, więc jak ktoś się wywróci, to się mu nie wytyka błędów, żeby go jeszcze bardziej nie zdołować.

TOMEK W.: Ważne są autentyczne emocje.

MAGDA: Oczywiście.

TOMEK W.: A czy ta autentyczność jest błędna, czy bezbłędna, nie ma to znaczenia.

PAULINA: Ved?

VED: Już nie mam co dodać.

Największe marzenie muzyczne

PAULINA: Ok. To na zakończenie jeszcze jedno pytanie. Jakie jest wasze największe muzyczne marzenie? Poza kasetą, oczywiście.

TOMEK W.: W środę, 1 czerwca, miałem przyjemność być w Tauron Arenie, na koncercie zespołu Maroon 5. Było to dla mnie ogromne przeżycie, przez wzgląd na to, że widziałem zespół, który chciałem zobaczyć od wielu lat. Natomiast też sama Tauron Arena zrobiła na mnie ogromne wrażenie. I tak siedząc sobie daleko, daleko, daleko od sceny, pomyślałem,  że faktycznie, takim muzycznym spełnieniem byłoby zagrać coś takiego, w takim miejscu i mieć taką rzeszę fanów, że jest krzyk, jest wrzawa, są emocje. Bo rzeczywiście, ludzie dają tę energię muzykom.

Moim muzycznym marzeniem jest także to, że podczas wykonywania naszych utworów, to ludzie śpiewają nasze teksty. To jest przepiękny moment dla artysty i każdemu tego życzę.

PAULINA: Może teraz się uda, jak będzie książeczka do kasety.

TOMEK W.: Dokładnie, dodamy śpiewniki specjalne.

TOMEK L.: Bez książeczek nie będziemy wpuszczać.

TOMEK W.: Każdy będzie się musiał wylegitymować książeczką.

PAULINA: A Wasze marzenia?

MAGDA: Byłam kiedyś na takim koncercie w Katowicach, na festiwalu Nowa Muzyka. Grał taki skandynawski skład elektroniczny, Deser Ray ze Szwecji… On powstał wtedy tylko na kilka miesięcy, i właściwie to był ich jedyny i, tak naprawdę, ostatni koncert w Polsce, bo zrobili tylko jedną płytę w ramach projektu. I koniec.

I mnie się to strasznie spodobało, bo oprócz samej muzyki to było świetnie obudowane. Poprzez światła, poprzez wizualizacje, poprzez ich strój, poprzez wszystko. Właściwie tam nie było konferansjerki. To było tam zbędne. Wszystko było przemyślane na zasadzie spektaklu, w który człowiek wchodził jak w trans. I myślę, że to jest coś, do czego wszyscy chcemy dążyć. I to jest takie moje marzenie, żeby tak te nasze koncerty wyglądały.

No i żebyśmy grali jak najczęściej, i właśnie w takim świetnym opakowaniu. Że jak ktoś pójdzie na Meeow, żeby wiedział od razu, że Meeow to jest…

TOMEK W.: Fajny produkt.

MAGDA: Nawet nie, że produkt, tylko że to się je w taki właśnie sposób. Nie musisz się zastanawiać, o co tym muzykom chodzi, tylko wchodzisz od razu w klimat.

PAULINA: To ja Wam bardzo tego życzę.

TOMEK W.: Życz nam tego.

PAULINA: Dziękuję Wam bardzo za rozmowę. I powodzenia.

O zespole:

Strona Meeow na Facebooku: facebook.com/meeowpl

Szczegóły na temat zbiórki funduszy na debiutancką kasetę Meeow znajdziecie na stronie projektu na portalu Polak Potrafi, klikając tutaj. Zbiórka trwa do 4 lipca 2016 roku.

A tak zespół zachęca do przyłączenia się do akcji:

Konstrukcja prosta i nieskomplikowana. Nie-Boska komedia. Wszystko powiem Bogu [recenzja]

Obejrzane 2 czerwca 2016 roku.

nie-boskakomedia.wszystkopowiembogu!

„Świat jest konstrukcją prostą i nieskomplikowaną” – powtarzają bohaterowie Nie-Boskiej komedii. Wszystko powiem Bogu Teatru Starego. Przewrotna ta prostota świata Strzępki i Demirskiego. Piekielnie przewrotna. Przejawia się głównie w wydestylowanych poglądach przedstawicieli różnych klas społecznych. Takich do bólu polskich cechach narodowej malkontencji.

Autorzy rozliczają nas z przeszłością, teraźniejszością, a być może i przyszłością, przy pomocy pozbawionej patosu parodii mitów polskości. Miałam wrażenie, że śledzę rozwój sarmackich resentymentów na przestrzeni wieków. Była to podróż w czasie, oferta last minute do piekiełka prawdziwych Polaków, cokolwiek miałoby to znaczyć.

Ale skoro jesteśmy już przy podróżowaniu w rejonach podziemnych, wejdźmy głębiej w te piekielne kręgi. Scenografia nie pozostawiała wątpliwości – oglądaliśmy kwiatki… tzn. drzewa, od spodu. Konkretnie od korzeni. Bo też i o korzenie polskiej natury tam szło najbardziej.

Weszliśmy więc, siedząc na widowni, w senną marę Nie-Boskiej, prosto do piekła, jak bohater Alighieriego zanurzając się w kolejne jego kręgi. Nie pokuszę się o ich gradację, bo żaden ze mnie Dante, ale co najmniej dziewięć tych piekiełek potrafię wskazać w przestrzeni sztuki Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego.

Piekiełko szlachetczyzny

Zakorzenione w umysłach szlachciców przekonanie o władzy nadanej przez Boga nie powstrzymywało działań przeczących tego typu powiązaniom. Niewielu było szlachetnie urodzonych o kryształowej osobowości.

Na pewno nie hrabia Henryk / Zygmunt Krasiński, zagrany równocześnie (i ku swemu niezadowoleniu) przez ludzi o TAKICH nazwiskach (wspaniałych): Małgorzatę Hajewską-Krzysztofik i Marcina Czarnika. Wiara w przekonania przodków nie powstrzymała upadku klasy wyższej. Ani przegrywania kolejnych walk wewnętrznych między dwoma Henrykami. Mydlenie oczu zasadami i posiadanym majątkiem niewiele przyniosło pożytku w konfrontacji z rzeczywistością. Ideały szlacheckie nie zdały egzaminu w starciu z prawdziwym życiem.

Piekiełko naiwności

Podobnie jak naiwne przekonania Barbary Niechcic (świetna Dorota Segda) o stałości raz ustalonego porządku. Uwięziona w klatce własnych marzeń, nigdy nie opuściła stawu ze wodnym kwieciem. Wychowana do życia na salonach, do prowadzenia konwersacji o niczym, nie umiała dyskutować. Jej zdania i opinie były zbudowane w jej idealnym świecie i dla takiego świata przeznaczone. Niemniej jednak w wydaniu spektaklowym była to postać budząca wiele sympatii swą nieporadnością.

Piekiełko antysemityzmu

Papa Wincenty (Adam Nawojczyk) traktował Żydów jak zło konieczne i okazję do kpin. Gardził nimi, ale gardził też własnym synem i całym otoczeniem. Taka natura. Polski gbur. Robotnicy bali się ich, pozostali akceptowali wprawdzie, ale bardziej jako jedną z salonowych rozrywek i kłopotliwego gościa. Rotschild (Szymon Czacki) bawi ich parodią antysemickich ciągotek Henryka (w bardzo charakterystycznym i zabawnym monologu), jednak w tych relacjach zwycięża onieśmielenie i niechęć ze względu na jego bogactwo. Stąd tylko krok do zranionej dumy i nienawiści.

Piekiełko kapitalizmu

Kapitał stal się nowym Bogiem. Pieniądz i władza nadana przez niego w miejsce władzy od Najwyższego, opanował serca i umysły obrotnych fabrykantów i przedsiębiorców, deklasując szlachetnie urodzonych.

Piekiełko komunizmu

Powstanie silnej klasy robotniczej było jak wpychanie stopy w zbyt ciasny but. Przerost ambicji skłaniał klasę pracującą do przejmowania przekonań i zachowań klas wyższych, co wiązało się z wiecznym rozczarowaniem zetknięcia ideału z brukiem rzeczywistości. I zgorzknieniem. Leonard (Radomir Rospondek)i jego córka (Monika Frajczyk), są tego najlepszymi przykładami. Osiągnęli już coś, co miało być spełnieniem marzeń, a okazało się więzieniem codzienności. Równość i sprawiedliwość okazały się mitem. Prawdziwa była tylko rutyną.

Powyższe „piekiełka” są bardzo polskie w swej naturze. Takie bardzo nasze. Jest jednak i kilka takich mocno uniwersalnych.

Piekiełko wojny

Wojna klasowa. Wojna o byt. Wojna o własne zdanie, o konkretne ideały. Wojna nerwów. Wojna płci. Wojna światowa, wojna lokalna. Zimna wojna. W spektaklu zetkniemy się niemal z każdym rodzajem wojny, jaki tylko możemy sobie wyobrazić. I tą bardziej, i mniej metaforyczną.

Diabeł (Michał Majnicz) nie próżnuje. Podsyca i rozpala konflikty. Wzbudza niepewność. Ale i sam wpada we własne sidła i ulega panice.

Wojna jest obecna zawsze. Nie tylko pod konkretnymi datami, choć to one pozostaną jej śladami w historii.

Piekiełko konformizmu

Brak własnego zdania popycha nas w kierunku konkretnych, narzuconych przez społeczeństwo, pewne osoby, lub grupy osób zachowań. Wygodniej jest trwać w podanej na tacy roli. Małgorzata Zawadzka jako Auschwitz Tour zostaje wtłoczona w rolę ofiary. To trudny temat, bo słuszne poniekąd założenia uczczenia pamięci pomordowanych, przesłaniają nieco postrzeganie Żydów jako żywej, istniejącej kultury, z bogatymi tradycjami.

Postać Moniki Frajczyk godzi się na pracę, której nie znosi, bo tak sobie wyobraził jej życie ojciec. Henryk jest nieszczęśliwy, próbując sprostać wygórowanym ambicjom ojca.

Tylko Orcio (Juliusz Chrząstowski) zdaje się przeć pod prąd, nic sobie nie robiąc ze swojego kalectwa i „Widzieć rzeczy, jakie są”. Przy okazji „widzi” o wiele więcej, nikt jednak nie słucha jego przepowiedni.

Piekiełko zdrady

Jedyny wątek damsko-męski osadzony jest silnie w motywie zdrady. I braku umiejętności rozwiązania problemu. Henryk unika rozmowy, aż do granic wytrzymałości. Kłamie i oszukuje. Żona (Anna Radwan) oszukuje i okłamuje siebie, próbując go tłumaczyć. Dziewica / Melancholia (Marta Nieradkiewicz i Dorota Pomykała) kusi, nie zważając na konsekwencje.

W każdej z tych konfiguracji brakuje rozmowy.

Piekiełko codzienności

W świecie Nie-Boskiej komedii… wszystko urasta do rangi tragedii. Nawet brak filiżanki do herbaty. Nawet obwieszona porożami ściana. Dramatyzm zwyczajnych czynności jest równie silny jak ten związany z wybuchem wojny. Na koniec i tak zostajemy z kluczami, które nie otwierają już żadnych drzwi.

Raj odzyskany

Ale nie wszystko stracone. Nie musimy tracić nadziei, my, którzy w ten świat wchodzimy dobrowolnie. Nie mają jej już bohaterowie sztuki.

Co innego widzowie. My możemy czuć się rozpieszczeni dbałością o szczegóły: światło, scenografię, dopiętą na ostatni guzik dramaturgię. Możemy śmiać się z nieporadności bohaterów, lub z odbicia nas samych w krzywym zwierciadle. Możemy spróbować odpowiedzieć sobie na te wszystkie trudne pytania, kryjące się w poszczególnych scenach. Możemy chłonąć bardzo dobre interpretacje popularnych piosenek, wplecionych w fabułę. Możemy czerpać z energii znakomitych aktorów. Bo Nie-Boska komedia jest po prostu boska.

PS: Wreszcie się udało! Bardzo długo przymierzałam się do obejrzenia tego spektaklu.Zwłaszcza po wysłuchaniu spektaklu w Radiu Kraków. Pierwsze podejście skończyło się u mnie na jednym akcie (siła wyższa), a bilety znikają jak świeże bułeczki. W ogóle mnie to nie dziwi. To będzie jedna z moich ulubionych sztuk Teatru Starego.

O SPEKTAKLU:

NIE-BOSKA KOMEDIA. WSZYSTKO POWIEM BOGU
Premiera: 20.12.2012 r., Teatr Stary im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie, Scena Kameralna,
ul. Starowiślna 21

SCENARIUSZ: Paweł Demirski
REŻYSERIA: Monika Strzępka

DRAMATURGIA: Paweł Demirski

SCENOGRAFIA, KOSTIUMY: Michał Korchowiec

MUZYKA: Jan Suświłło

NAGRANIE MUZYKI: Bogdan Długosz

INSPICJENTKA / SUFLERKA / ASYSTENTKA REŻYSERKI: Hanna Nowak

OBSADA:
AUSCHWITZ TOUR / LĘKI HRABIEGO HENRYKA – Małgorzata Zawadzka
BARBARA NIECHCIC / PROZAC – Dorota Segda
LEONARD / PRZECHRZTA – Radomir Rospondek
ORCIO / LĘKI PORANNE CODZIENNE – Juliusz Chrząstowski
PANKRACY / DIABEŁ – Michał Majnicz
PAPA WINCENTY / ARCYDRAMAT – Adam Nawojczyk
WILK Z WALL STREET / ROTSCHILD –Szymon Czacki
ŻONA / PANKRACY – Anna Radwan
DZIEWICA / MELANCHOLIA – Marta Nieradkiewicz
KRASIŃSKI / HRABIA HENRYK – Marcin Czarnik
KRASIŃSKI / HRABIA HENRYK – Małgorzata Hajewska-Krzysztofik
DZIEWICA / MELANCHOLIA – Dorota Pomykała
PRZECHRZTA / CEPELIA WINY –** Marta Ojrzyńska / Monika Frajczyk

** – rola dublowana

TRAILER

Moje ulubione książki dla dzieci (i młodzieży)

Fot. Glen Noble
Fot. Glen Noble

Dzisiaj Dzień Dziecka, więc postanowiłam cofnąć się do czasów, gdy sama byłam dzieckiem. Czytałam wtedy naprawdę dużo. Pamiętam magiczną, biblioteczną szafę z naszej małej Szkoły Podstawowej, która już dawno przeszła do wieczności. Wynosiłam stamtąd stosy książek i żal było mi się z nimi rozstawać, gdy trzeba było je oddać. Do niektórych wracałam wielokrotnie, czasem jeszcze po nie sięgam. Są też takie, które czytałam stosunkowo późno, ale kojarzą mi się mocno właśnie z moim dzieciństwem, kiedy mojej wyobraźni nie ograniczała wbijana do głowy wiedza i codzienność. Do tej pory książka kojarzy mi się z wolnością. Prezentowana lista nie jest kompletna, ale o tych książkach myślę w pierwszej kolejności. Z każdą z nich mam związane pewne konkretne wspomnienia, wycinki literackiego świata.

Ania z Zielonego Wzgórza, Lucy Maud Montgomery

Powieść o tej rudowłosej sierotce sprawiła, że przez lata chciałam mieć właśnie taki kolor włosów. Zresztą nadal podobają mi się rude czupryny. Podobał mi się niepokorny charakter bohaterki, przy równoczesnym marzycielstwie i romantycznym usposobieniu. No i wątek romantyczny z Gilbertem Blythem, rzecz jasna. Tę książkę czytałam wiele razy, nawet sama nie wiem, ile. Na pewno dwa-trzy razy w roku.

Pamiętam wiśnię, Królową Śniegu, zaglądającą do małego pokoiku na poddaszu. Widzę to bardzo wyraźnie: Zielone Wzgórze, kwitnąca aleja, którą Ania zmierzała z Mateuszem do nowego domu i białe kwiaty wiśni tuż pod oknem jej pokoju.

Dzieci z Bullerbyn, Astrid Lindgren

Szóstka dzieciaków z malutkich osad w Bullerbyn potrafiła bawić się w każdych warunkach. Lasse, Bosse, Ole, Lisa, Britta i Anna dogadywali się, bo inaczej zanudziliby się na śmierć. Ale oni nie znali pojęcia nudy. Wszędzie widzieli przygodę.

Najbardziej wbił mi się w pamięć opis zbierania poziomek na źdźbło trawy. Pamiętam nawet ilustrację z mojego egzemplarza książki. Mogłam prawie wyczuć zapach owoców. Tę powieść też czytałam wiele razy. O stanie zużycia świadczy zmordowana okładka. Zdarzało mi się czytać w wannie.

Bez rodziny, Hector Malot

Tę książkę na pewno czytałam w wannie. Była tak wciągająca, że nie mogłam się od niej oderwać, aż do ostatniej strony. Cierpiałam, gdy musiałam zrobić przerwę.

Rémi zostaje wykradziony jako dziecko i szuka swoich prawdziwych rodziców. Na szczęście dla czytelników i na nieszczęście dla bohatera, los go nie oszczędza. Wielokrotnie przekonuje się o prawdziwości przysłowia, że przyjaciół poznaje się w biedzie. Książka jest obszerna, ale czyta się ją jednym tchem. Chętnie do niej wrócę.

Pamiętam moment, w którym Rémi ma urodziny i jego przybrana matka postanawia zdobyć mleko, jajka i mąkę, by upiec dla niego naleśniki. Naleśniki! To był szczyt jego marzeń w tamtej chwili. Słyszałam jak skwierczą na patelni, daję słowo.

Opowieści z Narnii: Lew, Czarownica i Stara Szafa, C. S. Lewis

Ta mocno alegoryczna i symboliczna opowieść pełna jest ukrytych znaczeń, które wcale nie utrudniają podążania za fantastyczną fabułą (w sensie „nierealistyczną”, ale też po prostu intrygującą). Magiczna szafa, prowadząca do krainy Narnii, w której włada Biała Czarownica, walcząca z mówiącym Lwem, Aslanem, to gadżet, który chciałoby mieć każde ciekawskie dziecko. Ja chciałam. Dla czwórki dzieciaków, które chroniły się przed wojną w wiejskiej posiadłości, była przepustką do oderwania myśli od niewesołej rzeczywistości.

Najbardziej fascynuje mnie tutaj moment przejścia. Stare futra ocierające się o policzek. Zapach naftaliny, przechodzący w woń zimowego lasu. Gałązki drzew, pokryte śniegiem. Cisza przed powieściową burzą.

Ten Obcy, Irena Jurgielewiczowa

Do paczki przyjaciół na odludnej wyspie dołącza nieznajomy chłopak. Jest chory, więc pozostali opiekują się nim. W tle mamy historię miłosną bez happy-endu. Podobał mi się ten pomysł, stworzenia sobie małego, osobnego świata, w którym pojawia się nieznany nikomu outsider.

Nadal pamiętam miętę parzoną przy palenisku, wprost ze świeżych liści, dopiero co zerwanych. Czuję ten smak. Pewnie dlatego tak lubię herbatę miętową z zielonych, miętowych listków.

Tajemniczy Ogród, Frances Hodgson Burnett

Już sam tytuł wystarczy, by rozbudzić wyobraźnię! Lubię tę książkę za pokazanie, że życie w zgodzie z naturą potrafi przynieść szczęście. Nie jestem typem ogrodniczki, ale gdy czytam tę książkę naprawdę mam ochotę uprawiać swój ogródek, i to całkiem dosłownie. Poza tym mamy tutaj opowieść o uzdrawiającej mocy czystej przyjaźni.

Ta powieść ma wiele zakamarków. Stare klucze, zagrzebane w ziemi, otwierające porosłe bluszczem przejścia do zupełnie innego świata, choć należącego do tej samej rzeczywistości. Ocienione zakątki budzącego się wiosną ogrodu i wiatr hulający po wrzosowisku. Piękne scenerie do wyobrażania!

Baśnie Braci Grimm

Nie wskażę konkretnego tytułu. Przeczytałam ich wiele, w różnych wersjach. Nadal czasem po nie sięgam, bo tęsknię za takim magicznym, baśniowym światem. Znam też wersje bez cenzury. Są nieco mroczniejsze. Może i dobrze. Baśnie odbijają życie, a życie przecież nie zawsze jest kolorowe.

Zawsze zastanawiałam się, jak to jest nosić szklane pantofelki. Założę się, że to piekielnie niewygodne. Sporo tych butów w baśniach: pantofelek Kopciuszka, Kot w Butach, stańcowane pantofelki królewskich córek, szalejących na tajemniczych, nocnych balach. Siedmiomilowe buty. Już nawet nie wiem, ile z tych opowieści należało do świata Braci Grimm.

Baśnie Hansa Christiana Andersena

I tutaj nie wskażę konkretnego tytułu. Mam w domu książkę, która należy do mojej mamy. Przynajmniej należała, dopóki jej nie przywłaszczyłam. Nie ma już okładek, ani żadnej ilustracji. I jest jedną z najwspanialszych książek, jaka kiedykolwiek wpadła w moje dłonie. Opowieści Andersena należą raczej do tych smutnych. Sporo w nich także okrucieństwa.

Pamiętam zamkniętą w klatce Stokrotkę, która towarzyszyła Słowikowi. Nie skończyli zbyt dobrze. Pamiętam historię Choinki, która była w centrum uwagi przez całe święta, a potem została wyrzucona. A jedną z najsmutniejszych opowieści jest ta o Matce, która oddała m.in. swoje oczy, by ocalić od Śmierci swoje dziecko. Wiele tam takich smutnych historii. Ale bardzo mi się one podobają.

Cykl Jeżycjada, Małgorzata Musierowicz

Cykl powieściowy o rodzinie Borejków. Tej serii zbyt dobrze nie pamiętam, ale czytało się to świetnie. Było tam wielu zbuntowanych nastolatków no i grupa Eksperymentalnego Sygnału Dobra, propagująca wysyłanie w świat uśmiechu.

Utkwił mi w pamięci moment, gdy jedna z bohaterek była chyba w trakcie ucieczki z domu i akurat miała gorączkę. Piła soczek w kartoniku. Pamiętam takie soki w małych kartonach z mojego dzieciństwa. Ten był chyba brzoskwiniowy. Mogę sobie wyobrazić słodki płyn, który sączyła przez słomkę, chłodzący jej spierzchnięte usta.

Seria o Harrym Potterze, J. K. Rowling

Te książki dorwałam najpóźniej, ale czekałam na kolejne części z niecierpliwością. Jak połowa świata. Pamiętam, że ustawiały się po nie kolejki. To jedne z najlepiej napisanych książek, jakie czytałam. Nie wiem, czy wszystkie nadają się dla młodszych dzieci, ja czytałam je już w dość zaawansowanym wieku i chętnie uczynię to jeszcze raz. Świat stworzony przez tę autorkę jest bardzo realistyczny. To trochę jak z Matrixem – spróbujcie udowodnić, że Matrix nie istnieje. Po ekranizacjach łatwiej stworzyć sobie obraz świata przedstawionego we własnej wyobraźni. Książki nie zastąpi jednak najlepszy film.

Nie mogę pozbyć się widoku Hogwartu sprzed oczu duszy mojej. A Lord Voldemort to jeden z najbardziej przerażających czarnych charakterów w historii literatury. Mam nadzieję, że nie jestem Mugolem.