Syn Szawła. Kilka refleksji po seansie [archiwalia]

Z pewnych powodów nie mogłam opublikować tego tekstu wcześniej. Czekał cierpliwie na swoją kolej. Chciałabym przybliżyć Wam film, o którym myślałam jeszcze bardzo długo po seansie. Trudno przejść obok niego obojętnie. Chyba nie będę chciała do niego wracać, bo oglądanie go męczy psychicznie, uważam jednak, że warto go zobaczyć, bo to z pewnością jeden z ważniejszych dla ludzkości filmów ostatnich lat.

Obejrzany 29 stycznia 2016 r.

Jeden z plakatów reklamowych filmu (źródło: kina.krakow.pl)
Jeden z plakatów reklamowych filmu (źródło: kina.krakow.pl)

Żaden z wielu filmów, podejmujących tematykę Holocaustu, nie wywarł na mnie tak mocnego wrażenia, jak Syn Szawła. Nic, co działo się za bramami Auschwitz-Birkenau nie mogło wydostać się na zewnątrz. Takie było założenie nazistów. Członkowie Sonderkommando, którzy strzegli tych tajemnic wbrew sobie, byli uśmiercani po kilku miesiącach. Oglądając obraz w reżyserii Laszlo Nemesa miałam wrażenie, że robię coś niedozwolonego, że patrzę na coś, co nigdy nie powinno ujrzeć światła dziennego.

Podobne wrażenie podglądania miałam oglądając Matkę Teresę od Kotów Skolimowskiego. Tam również sposób prowadzenia kamery narzucał nam ogląd filmowej rzeczywistości, widzianej zza pleców bohaterów, jakby przez palce dłoni zasłaniającej twarz przed niechcianym widokiem. Teraz jednak to wrażenie było dużo silniejsze. Cisza, która zapadła w sali kinowej po ostatniej scenie filmu, była bardzo wymowna. Nie ma bowiem słów, którymi można by oddać to, co działo się na ekranie. Nie przejdą tutaj gładkie teksty, opisujące wspaniałą grę aktorów i piękne zdjęcia. Od pierwszych chwil uderza surowość tych obrazów (choć rzeczywiście pięknych w jakiś straszliwy sposób). Ich bezwzględność. Tak mógłby wyglądać dokument z tamtych dni, nakręcony ukrytą kamerą. Pierwszy plan zajmuje twarz bohatera, jego plecy, czasem pojawiają się w kadrze postaci drugoplanowe. Świat wokół jest rozmyty, niewyraźny, ale widz doskonale wie, co wyłania się z półmroku krematorium, z kąta komory gazowej. Przechowujemy te obrazy w pamięci zbiorowej, pogrzebane głęboko pod próbami wytłumaczenia po ludzku tego, co nieludzkie.

W jednym z wywiadów grający drugoplanową postać Marcin Czarnik wspomniał, że oglądając ten film nie płacze się. To prawda. Nie jest on obliczony na wyciskanie łez, których wręcz brak, gdy patrzy się na ludzi już dawno pozbawionych łez. Nie znajdziemy tutaj hollywoodzkiej narracji, popularnych gwiazd i gwiazdeczek w obsadzie, budujących obrazków. Dialogi są nieliczne, wielojęzyczne i skąpe w słowa. Wieża Babel nieszczęścia i tragedii. Brak porozumienia na tak wielu poziomach.

Główny bohater, Szaweł, nie płacze. To z jego perspektywy oglądamy obozową rzeczywistość. Widzimy to, co i on musiał oglądać. On i jego współtowarzysze z Sonderkommando są skazani na brak celowości egzystencji. Ich jedynym przeznaczeniem jest śmierć, będąca drogą i celem. Niewiele mówią, być może niewiele już czują, całą energię zużywając na przetrwanie kolejnej doby, dnia, godziny, a może minuty. Mimowolni nihiliści. Szaweł nie ma wyboru. Nie mają go również pozostali. Nie ma nadziei. I wie, że nie ma też życia, choć przecież chodzi, oddycha, je. A jednak w tych potwornych okolicznościach, bez nadziei na lepsze jutro, albo po prostu jutro, Szaweł próbuje ocalić to, co zostało z jego duszy. Jego apatia, machinalne wykonywanie czynności, obojętność, to jedyny sposób, by wyrazić sprzeciw wobec rzeczywistości.

Zetknięcie z opisami wojny, okupacji, obozów koncentracyjnych, zawsze budzi mój wewnętrzny opór. Bunt wobec przeszłości, że tyle złego już się wydarzyło. I wobec własnej bezradności. Poczucie, że nie jestem w stanie zmienić przeszłości, ani zapobiec takim czynom w przyszłości, czy teraźniejszości. Bo najgorsze nie jest to, że opisane przez węgierskiego reżysera wydarzenia miały miejsce w naszym kraju, kilkadziesiąt lat temu (jakże to niewiele), ale że podobne rzeczy dzieją się zawsze, gdzieś na świecie. Człowiek od zawsze jest swoim największym wrogiem. Frazes, ale jak boleśnie prawdziwy.

TRAILER

Rzemieślnicy czy artyści? Recenzja książki „Rzemiosło Teatru”

Rzemiosło Teatru, pod red. Agaty Dąbek i Wandy Świątkowskiej, Łaźnia Nowa, Księgarnia Akademicka, Kraków 2015.

Rzemiosło Teatru, Łaźnia Nowa, Księgarnia Akademicka, Kraków 2015.
Rzemiosło Teatru, Łaźnia Nowa, Księgarnia Akademicka, Kraków 2015.

Mam przed sobą wspaniałą książkę, wydaną przez Łaźnię Nową i Księgarnię Akademicką. Jak napisano we wstępie, jest to pokłosie sympozjum naukowego, „Duchy teatru”, zorganizowanego przez teatr Łaźnia Nowa i Uniwersytet Jagielloński. Powstała również wystawa o tej samej nazwie. Po szczegóły na ten temat odsyłam do wspomnianej publikacji lub na stronę Łaźni a ja od razu przejdę do omówienia tego wydawnictwa.

Biorąc pod uwagę, że fascynuje mnie zakulisowe życie teatru, ta książka jest spełnieniem moich marzeń o literaturze dokumentującej te aspekty teatralnej rzeczywistości, które są niewidoczne dla widza lub przez niego ignorowane. Przyznam, że nie wiedziałabym o jej istnieniu, gdyby nie szczęśliwy zwrot, który sprawił, że zdobyłam wyróżnienie w konkursie Łaźni Nowej na limeryk, a jedną z nagród była właśnie książka Rzemiosło Teatru.

Dusza teatru zaklęta w papier

Po pierwsze, jest ona przepięknie wydana. Ma wspaniałą okładkę, która zachęca do sprawdzenia, co czeka nas dalej. A dalej dzieją się książkowe cuda. Dobrej jakości papier zadrukowany solidną porcją informacji na temat bogatego zaplecza teatralnej działalności. Piękne zdjęcia, przedstawiające niestandardowe ujęcia teatralnych duchów i ich działalności. Przejrzysty podział na rozdziały: Etos, Profesje i Materia, które wzajemnie się uzupełniają. Nie zwykłam oceniać książek po okładkach, ale ta mnie nie rozczarowała. Jest naprawdę śliczna i idealnie prezentuje tematykę publikacji.

Zerknijmy głębiej. Spis treści odsyła nas do artykułów specjalistów. Napisanych różnym stylem, ale łączy je interesujący dobór tematów i ukierunkowanie na to, czego zazwyczaj jako widzowie nie dostrzegamy. Co do mnie, każda strona sprawiała mi szaloną radość, zwłaszcza, gdy trafiałam na znane nazwiska i umiałam połączyć je z tym, co sama widziałam. Ze względu na swój zbiorczy charakter ta książka nie wyczerpuje tematu, ale jestem przekonana, że stanowi znakomity punkt wyjścia do własnych badań w tym zakresie. Nie będę tutaj przytaczać nazwisk, bo musiałabym zapełnić nimi kilka stron, jeśli chciałabym rzetelnie wymienić osoby ważne dla funkcjonowania teatru, ale cieszę się, że miałam możliwość zapoznania się z nimi. Na pewno będę wracać do tej publikacji bardzo często.

W cieniu kurtyny

Pierwszy raz zetknęłam się z książką, która tak kompleksowo prezentuje mikrokosmos teatru. Co prawda dopiero od niedawna szukam pogłębionych informacji na ten temat. Dotąd czytałam o aktorach, reżyserach, nawet i dyrektorach. Czasem ktoś przeprowadził wywiad ze scenografem. Może najbliżej charakteru tej publikacji były wspomnienia o Reducie Juliusza Osterwy i wzorowanych na niej placówkach. Ale to wszystko.

Rzemiosło Teatru idzie dalej. Opisuje nieistniejące już profesje, ewolucję tych, które nadal są wykonywane, narodziny nowych działalności w dziedzinie teatru. Ta publikacja daje nam wgląd w to, co dzieje się po drugiej stronie kurtyny. Mamy tutaj przegląd pojęć słownikowych, stan wiedzy na temat, anegdoty i wypowiedzi ludzi pracujących na sukces danej placówki. I pobrzmiewającą w tle odpowiedź na pytanie: co jest ważniejsze?

Rzemiosło czy sztuka?

Ta książka udowadnia nam, że sztuka może być rzemiosłem, rzemiosło może być sztuką, a tak naprawdę dopiero połączone razem dają nam teatralną duszę i ciało. Magia teatru nie może istnieć bez aktorów, ale aktorzy bez technicznej otoczki, pomocy maszynistów, inspicjentów, marketingowców, bileterów i innych, nie będą mieli komfortu potrzebnego do wytworzenia tej magii na scenie.

Jarosy à la Fronczewski [archiwalia]

Kim był Fryderyk Jarosy? Austriackim artystą z węgierskimi korzeniami? Konferansjerem rosyjskiego kabaretu? Polskim reżyserem scenicznych marzeń o sławie? Ocalała po nim garść wspomnień, trochę nagrań i starych, czarno-białych fotosów, przypominających o dawno minionym świecie. Zostało także kilka epizodycznych ról filmowych. Zetknęłam się z częścią tych pamiątek. Wiem, jak ten artysta wyglądał, znam jego głos zachowany na taśmach. A mimo to, gdy myślę o Jarosym, w moich wyobrażeniach ma on zawsze głos i twarz Piotra Fronczewskiego.

Jarosy
Fryderyk Jarosy (źródło: polskiekinolat30.manifo.com)

Legenda o marzeniu

Legenda każdego wabi do siebie w inny sposób. W moim przypadku najpierw była książka: Jak w przedwojennym kabarecie Ryszarda Marka Grońskiego. Hipnotyczna siła przyciągania girls tłoczących się przy wyjściu na scenę, piór boa i cekinowych wdzianek. Panów strojnych w wytworne fraki i muchy. Laseczki i cylindry. I wreszcie, magia konferansjera, który był duszą kabaretu międzywojnia.

Już wtedy miałam w głowie pewien obraz tego maga estrady. Jeszcze nieco rozmyty, jeszcze bez znajomego timbru w uszach. Zza dymu pokrywającego kusząco estradę mojej wyobraźni, zaczynały wyglądać konkretne kształty: rondo cylindra, zakończenie laski, biała muszka… Treść bez wyraźnej, trójwymiarowej formy, choć znany mi był przecież wizerunek z przedwojennej fotografii.

Kleks na estradzie

Tak było, aż do momentu, gdy po raz pierwszy obejrzałam film Miłość ci wszystko wybaczy (1981). Obejrzałam go dla legendarnej Hanki, ale spod tej legendy wyłoniła się szara eminencja estrady dwudziestolecia – Fryderyk. Słynne „Proszę państwa!”, przytaczane przez Stefanię Grodzieńską jako jego znak firmowy, wybrzmiało wreszcie, wypowiedziane głosem, o ironio, Pana Kleksa, Piotra Fronczewskiego. Przewrotność kina.

To przecież ten sam aktor, który rozdawał dzieciom piegi, teraz przemawiał zniewalająco ze sceny, na wpół schowany za kotarą, jak obietnica czegoś wspaniałego. Esencja kolorowego świata zawieszonego między jedną a drugą katastrofą. Zakochany Jarosy. Nostalgiczny, zamyślony i świadomy niewesołej przyszłości komik. I na dodatek ta miłość, która wybacza wszystko i jeszcze więcej.

Co ciekawe, to nawet nie była postać pierwszoplanowa. W tym obrazie pierwsze skrzypce grała Hanka (Dorota Stalińska). Ale dla mnie całość zdominował Fryderyk, nienazwany z nazwiska, wymyślony na nowo przez scenarzystę i reżysera, ale czy to znaczy, że nieprawdziwy?

Każda legenda zawiera ponoć ziarno prawdy, tak, jak zawiera je każda plotka. To ziarenko wystarczyło, by w świecie mojej wyobraźni na zawsze rozgościł się Fryderyk Jarosy o twarzy i głosie Piotra Fronczewskiego. Tak marzenie stało się ciałem.

Miraże warszawskie

Kolejny film i kolejne objawienie. Ten sam reżyser. To samo szalone dwudziestolecie. I znów w tle ten sam Jarosy-Fronczewski. Za to zupełnie inna historia. Tylko blichtr i kapitalizm, przemysł naftowy i życie teatrzyków rewiowych. Lekko i przyjemnie skwitowane Lata dwudzieste… lata trzydzieste… (1983). Żony modne, żydowskie banki, tłumy w warszawskiej „Adrii” – miraże i halucynacje. I wreszcie Fryderyk: przedsiębiorca, organizator, doradca, wybraniec losu. Bez przeszłości i przyszłości, rozśpiewany i roztańczony, ulubieniec tłumów. To chyba najczęściej przekazywany wizerunek Jarosyego. Druga strona medalu. Musicalowa konwencja filmu wymagała lżejszego podania fabuły, więc i Fryderyk został opisany lżej.

Idąc tropem mojego idealnego Jarosyego, uzupełniłam edukację filmową o jeszcze jeden obraz w reżyserii Janusza Rzeszewskiego. Halo Szpicbródka, czyli ostatni występ króla kasiarzy (1978), dopełnił wizerunku Fryderyka, choć w Szpicbródce nie ma takiej postaci. Odnalazłam go sama w głównym bohaterze, Fredzie Kampinosie, kasiarzu i dyrektorze teatrzyku. Wreszcie mogłam napawać się obecnością Piotra Fronczewskiego zanurzonego w oparach dwudziestolecia przez cały film. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że ten obraz, który dla mnie zamykał trylogię rewiową aktora, chronologicznie był pierwszy. Do tej pory postrzegam go, jak spektakularny finał filmowej odsłony wielkiego polskiego konferansjera i artysty kabaretu.

Legenda a rzeczywistość

Wszystkie te trzy historie były opowieściami o kiczu. Nie da się ukryć, dzisiaj tamte czasy powodują uśmieszek w kąciku ust. A jednak wciąż chętnie do nich wracamy. To było zachłyśnięcie się wolnością. Wracają do nas co jakiś czas te lata, w taki czy inny sposób: we wspomnieniach, melodiach, starych fotosach. To był czas, gdy nazwisko Jarosy otwierało wiele drzwi. Dzisiaj pamiętają o nim chyba już tylko maniacy historii kabaretu.

Łowię zachłannie wszelkie okruchy działalności Piotra Fronczewskiego, które pomagają mi uzupełniać za jego pośrednictwem mojego Fryderyka. Role w serialach i filmach historycznych. Jego wersje przedwojennych piosenek. Kreacje z Kabaretu Olgi Lipińskiej.

Nie mnie oceniać zgodność historyczną jego filmowych wcieleń z oryginałem. Nie musiało tak być. Ale mogło. Bo nawet jeśli ten obraz filmowy Jarosyego nie był prawdziwy, to był wielce prawdopodobny. Czytam po raz kolejny Urodził go Niebieski Ptak autorstwa Stefanii Grodzieńskiej i nieodmiennie w moich myślach cytowany przez nią Jarosy przemawia głosem Piotra Fronczewskiego. I to, proszę Państwa, jest prawdziwa magia kina.