„Kredziarz” C. J. Tudor. Uwaga na kredowe ludziki! [recenzja]

C. J. Tudor, Kredziarz, przeł. Piotr Kaliński, Wydawnictwo Czarna Owca. Premiera 28.02.2018 r.

Fot. Wydawnictwo Czarna Owca

Kiedy dotarła do mnie informacja o książkowym debiucie C. J. Tudor, przyznaję, że nie znałam tego nazwiska. Moją uwagę zwrócił natomiast tytuł powieści – „Kredziarz”. Przykuła ją również surowa, intrygująca grafika, namazana kredą jakby od niechcenia na pobliskim kawałku asfaltu. Dość nietypowe zdobienie w dobie kiczowatych grafik okładkowych. W jednej chwili wróciły wspomnienia z dzieciństwa: gra w klasy i zabawa w rysunkowego „Wisielca”.

Kiedy wczytałam się w opis wydawcy (Wydawnictwo Czarna Owca), zrozumiałam, że nie było to skojarzenie przypadkowe, bo i spora część akcji rozgrywa się w nie tak odległym od mojego dzieciństwa roku 1986 – roku mojego urodzenia.

„Kredziarz” to dobra książka – wielowątkowa, nieoczywista, pełna zakamarków do odkrycia, na które trafiamy aż do ostatnich stron. To książka, którą ma się ochotę przeczytać już po zapoznaniu się z pierwszymi zdaniami opisu. Mimo rozwiązanej głównej zagadki kryminalnej, aż do końca w zawieszeniu pozostaje kilka niedopowiedzeń, trochę domysłów i własnych teorii. Kiedy już wydawało mi się, że wiem, co autorka miała na myśli, że znam rozwiązanie, nagle okazywało się ono leżeć na przeciwnym biegunie. Owszem, ostatecznie wiele moich czytelniczych domysłów było zgodnych z treścią książki, ale nawet wtedy nie dowierzałam tej książkowej prawdzie. Tak wiele razy autorce udało się mnie wywieść w pole. Niemniej jednak było to doznanie przyjemne.

Bo „Kredziarz” to bardzo przyjemna lektura. Jednak mimo tego powieść wymaga odrobinę więcej uwagi niż jeden z wielu kolejnych kryminałów. Nie jest to niezobowiązujące czytadło, ale książka składająca się z wielu puzzli, z przeszłości i teraźniejszości, które należy zbierać przez całą lekturę, by w odpowiedniej chwili móc dopasować któryś z nich. A kto nie lubi układać puzzli?

Jednak z tego powodu nie mogłam zagłębiać się w szczegóły akcji, jeśli byłam wyjątkowo zmęczona, albo gdy coś rozpraszało moją uwagę. Miałam wrażenie, że przy próbach czytania w takich warunkach coś mi umyka. Żałuję, że nie miałam okazji przeczytać tej książki podczas jednego posiedzenia. Co prawda pierwsze rozdziały nie pochłonęły mnie szczególnie mocno, ale mniej więcej od połowy trudno było mi oderwać się od fabuły, która robiła się coraz bardziej skomplikowana i skondensowana.

Powieść C. J. Tudor ma tak wiele warstw, że z powodzeniem można polecić ją miłośnikom różnych gatunków prozy. Rys historyczny spodoba się wszystkim tym, którzy lubią powspominać dawne czasy. Zdarzenia sprzed trzydziestu lat mieszają się z teraźniejszymi – oto bowiem dziecięce zabawy bohaterów okazują się mieć poważne konsekwencje w przyszłości. Nie jest to więc jedynie powieść kryminalna, czy też thriller, ale także psychologiczne studium dorastania i jego konsekwencji. Owszem, może niepogłębione formalnie, ale jednak wyraźne, wyzwalające autorefleksję na temat zmian we własnym życiu. A wszystko to w przyjemnej, powieściowej formie. Jeśli na rynku wydawniczym pojawi się kolejna powieść C. J. Tudor, z przyjemnością po nią sięgnę. Poprzeczka została zawieszona naprawdę wysoko. A ja na pewno będę teraz bardzo uważać na kredowe ludziki.

Dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca za udostępnienie powieści przed premierą.

Więcej o książce:

Polska premiera została zaplanowana na 28 lutego 2018 roku.

Strona „Kredziarza” na Facebooku: https://www.facebook.com/kredziarz

Tu można zamówić: https://www.czarnaowca.pl/kryminaly/kredziarz,p493585735

Opis od Wydawcy:

Upalne lato 1986 roku. Dwunastoletni Eddie i jego banda spędzają wakacje jak typowe nastolatki jeżdżą na rowerach, budują szałasy w lesie, biją się z miejscowymi łobuzami. Wszystko zmienia się w dniu tragicznego wypadku, do którego dochodzi w wesołym miasteczku. To wtedy Eddie po raz pierwszy spotyka Kredziarza i poznaje nową zabawę opartą na rysowaniu kredowych ludzików. Coś, co wydawało się niewinną grą, wkrótce doprowadza przyjaciół do makabrycznego znaleziska – w głębi lasu odkrywają rozczłonkowane zwłoki…

Trzydzieści lat później, gdy zbrodnia wydawała się już dawno wyjaśniona, Eddie i jego przyjaciele nieoczekiwanie otrzymują listy z kredowymi rysunkami. Muszą ponownie zmierzyć się z ponurą przeszłością. Czy latem 1986 roku sprawa faktycznie została rozwiązana? Kto tak naprawdę był katem, a kto ofiarą?

Radosnych Świąt!

„Święta, święta i…” Chyba w każdym polskim domu to zdanie padnie przynajmniej raz w najbliższym czasie. A ja lubię te Święta. Choć nie zawsze są idealne, a z biegiem lat przybywa wolnych miejsc przy stole. Choć cała rodzina od kilku dni biega jak opętana, wymiatając zapomniany kurz z zapomnianych kątów, a wszystkim od czasu do czasu puszczają nerwy. Chociaż nie zawsze za oknem jest śnieg. Dzisiaj na przykład jest tam szaro-bura plucha. Chociaż czasem trudno o uśmiech, niepodszyty smutkiem. Lubię Boże Narodzenie.

Lubię wysyłać ręcznie robione kartki i składać życzenia, choć nie przepadam za łamaniem się opłatkiem. Lubię piec pierniki, szczególnie staropolski, który najczęściej zapominam nastawić przepisowy miesiąc wcześniej. Ale przygotowany dwa tygodnie przed świętami też się udaje. Lubię nawet wygrzebywane ze strychu choinki i ozdoby, gromadzone przez lata. Lubię robić stroiki.

Uwielbiam polskie kolędy. Zwłaszcza te śpiewane na pasterce mają w sobie dużo uroku, choć nie brzmią może jak te profesjonalnie nagrane na płytach. Lubię wigilię, i bożonarodzeniowe fragmenty Ewangelii. A przede wszystkim, lubię być z rodziną, choć na co dzień jestem raczej odległa od posiedzeń przy stole, a moi bliscy często mnie denerwuje. Z wzajemnością. To chyba miłość.

Życzę Wam, Moi Drodzy, żebyście znaleźli dla siebie miejsce pomiędzy „Last Christmas” a „Bóg się rodzi”. Żebyście trafili w swój gust choinkowymi ozdobami i przesadzili z ilością lampek, brokatu oraz  ozdóbek. Bo można. Życzę Wam spokoju i radości, mimo wszystko. Niech Wam będzie dobrze, w te Święta i po nich. Wszystkiego dobrego!

Paulina

Quilling a kultura w moim życiu, czyli czasem kręcę [felieton]

Czasami kręcę. Można było to zaobserwować przy okazji serii Łąka Cafe, bo jej ilustracją był łąkowy ślimak Stefan skręcony przeze mnie w technice quilling.

Ostatnio wracam do papierowej twórczości i zaczęłam się zastanawiać nad tym, jak te moje wszystkie twórcze aktywności spotykają się i łączą. Jak bardzo przejawy kultury artystycznej, która mnie otacza, wpływają na to, co robię “po godzinach”. I odwrotnie. Zresztą przypadek Stefana jest tego znakomitym przykładem.

Zrobiłam w pamięci przegląd moich quillingowych wytworów i okazuje się, że mogłabym wydzielić w nich sporą grupę takich, które powstały z inspiracji moimi zainteresowaniami kulturowymi.

Jako że znakomita część mojej sympatii do sztuki skupia się na sztukach scenicznych i estradowych, zwłaszcza na kabarecie, wśród moich “natchnień” do kręcenia papierowych paseczków prym wiedzie sztuka kabaretu.

Pierwszym takim kabaretowym mini dziełkiem były kolczyki stylizowane na logo Stowarzyszenia PAKA, którego wolontariuszką byłam przez szereg lat. To pierwsze zrobiłam jeszcze z ręcznie wyciętych pasków czarnego i pomarańczowego papieru. Kolejne powstało z okazji 30. PAKI i miało już barwy tamtej perłowej edycji. I prezentowało się dużo lepiej, bo i ja nabrałam wprawy.

Z czasem moje pomysły były coraz bardziej szalone. Jednym z moich ulubionych musicali jest Moulin Rouge. Jak dotąd powstały trzy artefakty w technice quillingu, inspirowane tym filmem: gorset i czerwony wiatrak, będące broszkami, oraz lekkie nawiązanie do jednego z plakatów w formie wisiorka.

Z miłości do muzyki powstał komplet składający z się z czarnej, gitarowej broszki i kolczyków-nutek. Jeszcze nie wykonałam nic w tej technice z pobudek teatralnych i literackich, ale podejrzewam, że to tylko kwestia czasu.

Co mi daje takie projektowanie papierowej biżuterii? Na pewno mnóstwo radości. Satysfakcję, że nikt inny czegoś takiego nie posiada. Darmowe ćwiczenie kreatywności. Trening cierpliwości, bo elementy są filigranowe i czasochłonne. Jeden taki przedmiot to przynajmniej kilka godzin pracy, czasem dni, zwłaszcza wliczając w to utrwalanie papieru lakierem. Bardzo podziwiam rękodzielników, którzy tworzą w tej technice małe dzieła sztuki.

W szerszym kontekście pozwala mi to również podbudować poczucie własnej wartości, bo wiem, że jeśli coś sobie wymarzę i odpowiednio zaprojektuję, jestem w stanie to zrobić. Nawet jeśli to nie będzie w 100% idealne, to na pewno będzie moje i niepowtarzalne. A ta wiedza przydaje mi się także na co dzień.

Jeśli macie ochotę obejrzeć moje prace wykonane tą techniką, zapraszam na stronę na facebooku: Paquillinka.